Konie

Konie
Konik polski, to rasa koni małych, pochodzących od dzikich koni Tarpanów występujących na obszarze Europy. Tarpany, które przetrwały zostały odłowione i umieszczone w prywatnym zwierzyńcu hrabiów Zamoyskich. W 1808 roku z powodu panującej biedy zostały rozdane do użytkowania chłopom, w wyniku krzyżowania się z lokalnymi końmi wykształciła się rasa nazwana przez prof. Vetulaniego konikiem polskim. Konik polski charakteryzuje się wysoką inteligencją, łagodnym charakterem, jest odporny, wytrzymały, ma niski wzrost (do 140 cm), silną budową ciała, twardy róg kopytny. Jest to rasa późno dojrzewająca (3-5) i długo żyjąca. Konik polski to przede wszystkim koń wierzchowy, do rekreacji, rajdów konnych i wycieczek doskonały. Jego niski wzrost sprawia, że wielogodzinne siedzenie w siodle nie jest uciążliwe, jest odważny i dzielny. Nadaje się również do prac rolnych i lekkich zaprzęgów, a jego łagodny charakter i inteligencja sprawia, że jest niezastąpiony w hipoterapii. Konik polski to świetny wybór dla całej rodziny, również dziecka, bo gdy nasz mały jeździec dorośnie, to nie będzie musiał rezygnować z jazdy na swoim przyjacielu, konik polski bez uszczerbku na zdrowiu poniesie jeźdźca o łącznej wadze do 130 kg

wtorek, 19 listopada 2013

Kopyto prawe przednie.


Jakiś to czas nie na pisanie, tylko na gapienie się w ogień przez szybę pieca, albo inne leniwe zajęcie. Gorzka Jagoda na swoim blogu kiedyś wyjaśniała, że człowiek jak niedźwiedź, na jesień zwalnia mu się rytm życia, zgodnie z Naturą, i tego zegara oszukać się nie da. Niestety, kiedy szukam porównań do mojego wewnętrznego zwierza, to jednak niedźwiedź niezbyt pasuje. Chyba jestem susłem. Spanie to jedno z moich ulubionych zajęć. Mogłabym i dwanaście godzin na dobę. No cóż, nie jest to możliwe. Chociaż staram się jak mogę, by żyć w harmonii ze swoim wewnętrznym zwierzakiem, życie na jawie ma jednak własne wymagania.

Na przykład, parę tygodni temu, okulał nam koń, niejaka Mgiełka, klacz urodziwa, aczkolwie niezbyt bystra. Okulała, nie wiadomo dlaczego. Kiedy koń kuleje trochę, zazwyczaj nie ma czym się przejmować, po paru dniach przechodzi. I tak było z Mgiełką najpierw pod koniec lata, potem, w połowie października. Niestety, pewnego pięknego listopadowego poranka znalazłam ją leżącą na pastwisku u góry, pośród pasącej się reszty stada. Niby nic, ale coś mnie tknęło, bo stado dzień wcześniej nie przybiegło na dół. Poszłam więc na dół sama, wiedząc, że stado za mną podąży, jako za klaczą alfa;-))) no i przyszły wszystkie, oprócz Mgiełki. Koń zwierzę bardzo stadne, one przychodzą albo wszystkie, albo żaden. To już był konkretny sygnał, że jest źle. Poczekałam trochę i na szczycie wzgórza pojawiło się coś, skaczące bardzo żałośnie na trzech nogach. Zejście z górki zajęło jej ze dwadzieścia minut z przerwami na odpoczynek. Potem następne pół godziny od krawędzi lasku do bramy pastwiska. Koń był zlany potem, z bólu i ze zmęczenia, bałam się, że nie dojdzie do stajni, a to jeszcze kawałek. Weterynarz był już powiadomiony i w drodze, no to czekałyśmy na niego.
Jakby nie patrzeć nasze konie ogólnie kondycję mają znakomitą od biegania po górkach, więc Mgiełka, co prawda w boleściach i trzynożnie, zabrała się za wyżeranie trawy. Jako że trawa po drugiej stronie płotu zawsze bardziej zielona, a ona właśnie znalazła się po drugiej stronie płotu.
Pan weterynarz przyjechał, wyciągnął z wozu, którego wnętrze po otwarciu bagażnika przypomina zawartości śmieciary z odpadami niesegregowanymi, niezbędne narzędzia, kazał mi trzymać kopyto, a Nikolasowi łeb zwierza, i zaczął grzebać w kopycie, “a bo linia biała, proszę pani popatrzy, dziurawa jak sito, brudy wchodzą, i robi się zapalenie”, gada, i gada,”a ten koń proszę pani, kondycję ma dobrą, bo gdyby był w gorszej, to by mu to zapalenie wyszło w formie wrzodu, a tak, to organizm to zwalcza, ale nie do końca” i robi tą dziurę coraz większą, “bo widzi pani, te miejsca na linii białej, te czarne plamy, to wszystki są miejsca martwe, i to trzeba usunąć,” mówi i zaczyna kopać drugą dziurę w tym kopycie,to już trudno określić innym słowem, koń taki padnięty, że stoi i się nie rusza, wszyscy zdziwieni,że taki potulny, no ale skoro daje sobie grzebać, to grzebiemy dalej. Ja nieśmiało pytam, “Panie Doktorze, ona będzie umiała chodzić na takim dziurawym kopycie?” Da sobie radę, proszę pani, trzeba się dogrzebać do czystego, potem to pani będzie musiała tym płynem 2 razy dziennie te dziury wypalić, ale najpierw oczywiście wyczyścić mechanicznie”. Pokazał. Następnie zrobił koniowi dziurę w szyi za pomocą igły o zdecydowanie nieludzkiej średnicy, klnąc pod nosem, że taka gruba szyja, że nie można się dobić do żyły. Powlewał do konia przez rurkę ze strzykawką trzy rodzaje płynów. “Proszę ją w stajni trzymać, uważać, żeby w te dziury jakieś kamyki nie powchodziły, no i patrzeć, czy lepiej, jak nie to za 72 godziny będę.” Pojechał.


Poczekaliśmy, aż zastrzyk trochę zacznie działać, i zagnaliśmy Mgiełkę do stajni. Dobrze, że nikt nie widział, bo jeszcze by nas posądzili o wiecie co... Ja ciągnęłam, Nikolas poganiał od tyłu, wrzeszczeliśmy przy okazji nieziemsko, w końcu dopełzliśmy do stajni, umordowani wszyscy troje. Słomy niet, nie dowieziona jeszcze, ale nic, pan doktor rzekł, że na czystym betonie na początek może i lepiej. Woda, siano... Żryć nie chce. Pić nie chce. Pot się z niej leje. Na drugi dzień była już słoma, wyścieliliśmy jej w biegalni, w gruncie rzeczy sama nie wiem po co, przecież i tak nie chodziła. Ale przynajmniej leżeć mogła w różnych miejscach. Żałośnie to wygląda, leży i tylko patrzy. Podsunęłam jej siano pod pysk, żre. To chyba lepiej. Dało się szybko zauważyć, że jada tylko w towarzystwie, będąc sama okropnie się denerwuje. Więc trzeba z nią spędzać czas w stajni. Zimno, nudno. Ale nic, czego człowiek nie zrobi dla własnego konia. W siodlarni czajnik jest, herbatę można zrobić, na krzesełku posiedzieć. Po 72 godzinach poprawy nie było. Przyjechał pan weterynarz, trzymam mu to kopyto, on znowu grzebie, “no, widzę, że się od dołu ładnie zamknęło”, ja tu pani dam taką maść, do smarowania, żeby spowodować powstanie wrzodu, pani będzie tu smarować dwa razy dziennie po koronce, to powinno pomóc.

Grzebie i maca, “coś mi tu tak śmierdzi”, ja czuję jak mi się równocześnie coś zaczyna lać po palcach, “chyba pękło u góry panie doktorze”. No i faktycznie, ropa zaczęła się wylewać. Obecnym, włącznie z klaczą trochę ulżyło. Pan doktor wlał w konia kolejną porcję antybiotyków. “Pani będzie obserwować, jak koń się przestanie pocić, bo proszę pani, koń się poci tylko jak go bardzo boli, teraz już będzie szło w dobrą stronę”. Zostawił maść ichtiolową w ilościach końskich. Smarować dwa razy dziennie po uprzednim odkażeniu Rivanolem.
I tak robiłam. Ale coś mi podejrzanie wyglądało. Dzwonię więc do weterynarza, i pytam go, myśląc sobie, że weźmie mnie za kompletną kretynkę ”Panie doktorze, czy pan się spotkał, eeee, z taką sytuacją, że koń, eeee, je maść ichtiolową, i czy to mu zaszkodzić może?” On na to, “No zdarza się, proszę pani, co prawda maść stosuje się zewnętrznie, jak połknie, to nie działa jak trzeba. Może pani ma takie kaloszki dla konia, to proszę założyć.” Znalazłam kaloszka jednego w kącie z rupieciami, założyłam po uprzednim posmarowaniu koronki maścią, przychodzę po jakimś czasie do stajni, i co, kaloszek zdjęty, i to profesjonalnie, sprzączka rozpięta, nie żeby zdarty i rozwalony. Jak ona to zrobiła? No cóż, zabieg powtórzyłam, kaloszek nałożyłam, końcówkę paska schowałam. Myślę sobie, tu cię mam, zołzo jedna, już nie zdejmiesz. Przychodzę znowu do stajni, kaloszek jest, ale pod nim - wylizane do czysta. Ze zwierzem nie wygrasz. Ale od tej pory faktycznie zaczęło się polepszać, i dzisiaj po dwóch tygodniach odosobnienia, wypuściliśmy pacjentkę na pastwisko do koleżanek. Teraz już ciemno, więc nie widać, czy galopady w stadzie pogorszyły, czy może polepszyły stan naszej kochanej, inteligentnej Mgiełki.
stado oczywiście, w zbiorowym zadzie miało nieobecność Mgiełki, i zajmowało się wypasaniem tego, co się da jeszcze znaleźć, oraz poetycznym wylegiwaniem w zaroślach rudych paproci

Oprócz pomieszkiwania w stajni z chorym koniem, działy się tu i inne rzeczy, ale o tym może następnym razem.

16 komentarzy:

  1. a wodą utlenioną nie wystarczyłoby ??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Woda szczypie, a rivanol nie. Koń nie lubi, jak szczypie.:-)

      Usuń
  2. Nie zazdroszczę, raz miałam problem z kopytem i wszyscy się stukali w głowę, że histeryzuję, ale nikt przecież nie zna moich koni tak jak ja, więc widzę, że nie podejmuje zabawy, że lekko wydłuża tył i smutny jest - ropień był i jak wyleje, to ulga dla konia jest widoczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, tu nie było miejsca na histerię, koń na 3 nogach to już głupi widzi, że coś tu nie gra.:-)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Troszkę jeszcze kuleje, ale kłusuje i galopuje.

      Usuń
  4. Kulawizny nie leczą się dobrze u koników nie miałem ale duże konie zdarzało się ,przy ropie w kopycie stosowałem moczenie w ciepłym roztworze soli dwa razy dziennie po ok godzinie .
    By konik nie denerwował się zawsze obok chorego konika zostawiam zdrowego i spokojnego kolegę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli mogę spytać, w praktyce jak to wyglądało? Bo moje zwierzę wywaliłoby wiadro w ciągu pierwszych 30 sekund.:-)

      Usuń
    2. Nie było łatwo ale po 2-3 razie konik się nieco przyzwyczaił . Piersza reakcja była podobna :)
      i próbowaliśmy zapanować nad chorym konikiem w 4 osoby.

      Usuń
    3. Kiedyś mieliśmy konia z gwałtownym atakiem ochwatu. Wyłożyliśmy boks folią do wysokości 30 cm, wprowadziliśmy konia, nalaliśmy wody i chłodziły się kopyta.:-)

      Usuń
    4. u nas jak się docięliśmy do ropnia i dziury i wylało, to koń prawie omdlał i przestał się szarpać, weterynarz (bo pojechałam powiedzieć co odkryliśmy w kopycie) powiedział, że teraz już nic nie robić i koń z dnia na dzień zrobił się ruchliwszy - jak to młody ogier:-)

      Usuń
    5. i nie wiem jak to jest, bo jak kot czy pies chory, to się go leczy i już, a jak coś jednemu z koni jest, to ja nie mogę spać, jeść, na niczym się skupić... oby takich historii jak najmniej...

      Usuń
  5. Agniecha, jesteś wielka!!!! A czytałaś jej, żeby się Wam nie nudziło, albo filmik na laptopie, takie Karino na ten przykład: "koń kuleje..." - pamiętacie??? Nie kpie sobie, tylko podziwiam, i ciesze się, że zwierzę wraca do zdrowia;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie czytałam, nawet sobie. Ćwiczyłam prawidłowe oddychanie oraz rozmyślałam o niebieskich migdałach. Konia dużo czesałam, trochę do niego gadałam, znawcy twierdzą, że tak trzeba. Gadać znaczy się.

      Usuń
  6. Paulina, maila przeczytaj! Wysłąłałam już tak dawno!

    OdpowiedzUsuń
  7. Nieludzka grubość igły powoduje mniej stresu. Tylko ludzie lubią się stresować, więc używa się cienkich;) Kiedyś pobierałem krew źrebakom igłą 0,7mm, masakra normalnie... A to jedna z grubszych stosowanych u ludzi.

    OdpowiedzUsuń