Konie

Konie
Konik polski, to rasa koni małych, pochodzących od dzikich koni Tarpanów występujących na obszarze Europy. Tarpany, które przetrwały zostały odłowione i umieszczone w prywatnym zwierzyńcu hrabiów Zamoyskich. W 1808 roku z powodu panującej biedy zostały rozdane do użytkowania chłopom, w wyniku krzyżowania się z lokalnymi końmi wykształciła się rasa nazwana przez prof. Vetulaniego konikiem polskim. Konik polski charakteryzuje się wysoką inteligencją, łagodnym charakterem, jest odporny, wytrzymały, ma niski wzrost (do 140 cm), silną budową ciała, twardy róg kopytny. Jest to rasa późno dojrzewająca (3-5) i długo żyjąca. Konik polski to przede wszystkim koń wierzchowy, do rekreacji, rajdów konnych i wycieczek doskonały. Jego niski wzrost sprawia, że wielogodzinne siedzenie w siodle nie jest uciążliwe, jest odważny i dzielny. Nadaje się również do prac rolnych i lekkich zaprzęgów, a jego łagodny charakter i inteligencja sprawia, że jest niezastąpiony w hipoterapii. Konik polski to świetny wybór dla całej rodziny, również dziecka, bo gdy nasz mały jeździec dorośnie, to nie będzie musiał rezygnować z jazdy na swoim przyjacielu, konik polski bez uszczerbku na zdrowiu poniesie jeźdźca o wadze do 130 kg

wtorek, 29 maja 2012

...no i tak...

...a miało być tak pięknie, nowe pastwiska itd., a tu susza i to straszna, nic u nas nie pada, nawet nie kropi, o przepraszam skłamałabym, dwie krople spadły dwa dni temu, jedna wylądował mi na nosie, a druga na policzku... Nic nie rośnie, a to co urosło usycha, człowiek, który ma pole przy moim pryska chemią ponoć na potęgę i zawiewa to na moją trawę, a ja właściwie wszystko mam przeznaczone na pastwiska, więc tak się zastanawiam, czy nie obowiązują go przepisy o odsuwaniu się od granicy...? Na razie mojemu mężowi kazał się w przyszłości odsunąć od granicy z pastuchem aby mu było wygodnie traktorem jeździć, bo mówi, że my to sobie tego co nie odgrodzimy to możemy kosą ściąć?!?! Męża mojego zatkało z wrażenia, przychodzi do mnie i opowiada mi i powoli do niego dociera, że tamten kazał nam nie grodzić naszego terenu do końca tylko wycinać na piechotę, nie dość, że to zwykła bezczelność, to na dokładkę mi na świeżej trawie zależy dla koni, bo siano kupuję i niczego nie zamierzam kosić - kosą?! (tu powinny być takie wielkie wytrzeszczone oczy) Zresztą z tym człowiekiem, to nie pierwsze takie potyczki, kiedyś zostawił na naszym podjeździe walec pod naszą nieobecność, po dwóch, czy trzech dniach przyszedł do mnie powiedział, że to jego walec  on go zostawił na moim terenie, i że owy walec zostanie tu u mnie do momentu, w którym nie będzie mu już potrzebny, na takie dictum zareagowałam oczywiście oburzeniem i kazałam zabrać walec natychmiast, na co rzeczony "Pan" powiedział, że walec zostanie tu gdzie stoi do odwołania, czyli na mojej działce?!? Powiedziałam, że zawiadomię policję, na co "Pan" powiedział żebym sobie dzwoniła, opanowałam się wygrzebując resztki pokładów opanowania ukrytych już naprawdę bardzo głęboko i powiedziałam, że zadzwonię rano jeśli do tego czasu walec nadal będzie u mnie na działce stał. Po dziesięciu minutach słyszę jak zabiera walec i jedzie z nim przez pola, później sąsiedzi mi opowiadali, że słychać było z daleka jak z walcem przypiętym jedzie ze złością, a hałas niosło ponoć na kilka wsi, tak był zły i z takim impetem jechał.  To podobno bardzo kłótliwy "Pan" i porywczy, a ja się o te moje pastwiska teraz martwię, żeby mi ich chemią nie zapaprał i koni nie otruł.

poniedziałek, 14 maja 2012

Moje skarby, moje konie, moja duma, miłość, moje życie... moje konie... dostały dziś nowe pastwisko. To niesamowite jak się zmieniają, jak rosną, jak nabierają masy, już sama możliwość patrzenia i dotykania tych cudownych zwierząt jest niezwykłym przeżyciem, a najlepsze dopiero przed nami, wspólne wędrówki. Straciły już zimowe futro i teraz lśnią idealną powierzchnią idealnego ciała, choć są jednej rasy, to różnią się niezmiernie Dżygit ma delikatną sierść, gęsty niesamowicie ogon i grzywę, jest niski i muskularny, natomiast Lisiak ma szorstką sierść, rzadszą grzywę i ogon, za to poprzetykany jasnymi pasmami jak promykami, jest smuklejszy, ale i wyższy, przekroczył już 140 centymetrów. Pewnie jeszcze się zmienią...
Jak warto zaufać swoim dziecięcym marzeniom przekonałam się na własnym przykładzie, od dziecka chciałam jeździć konno, ale mama mi nie pozwalała, gdyż sama miała wypadek podczas konnej jazdy, a że ja byłam dzieckiem wyjątkowo drobnym, to nawet nie było o czym dyskutować nie i koniec!
Teraz sobie myślę z perspektywy czasu i dorosłej kobiety już 34 letniej, że może to i dobrze, że nie spotkałam się w stajni czyjejś, z czyimiś końmi, jako zwykły jeździec, może stałabym się takim właśnie jeźdźcem widzącym w koniu tylko narzędzie do spełnienia własnych potrzeb, a nie indywidualny, cudowny niepowtarzalny byt, który sam w sobie jest czymś wspaniałym.
Choć ta przygoda nie powinna się dobrze skończyć, wszyscy to przewidywali, drobna kobieta, która wcześniej konia widziała co najwyżej na obrazku, ktoś kiedyś dał się przejechać na zmęczonym spoconym koniu, a tu dwa ogierki, nie ułożone... To wszystko było prawdą, ale wiedziałam, mimo strachu, mimo wszystkich czarnych scenariuszy, że to moje marzenie, moje powołanie, moje życie. Warto wierzyć w swoje dziecięce marzenia i spełniać je jeśli tylko mamy możliwości, bo te pierwsze marzenia dziecięce mogą się okazać naszym powołaniem.

Teraz już nie o koniach a o psach, poznałam pana, który był wcześniejszym właścicielem Zoe. Pies gdy go zobaczył oszalał ze szczęścia, właściciel zachowywał się z taką czułością o jaką bym nie podejrzewała mężczyzny w stosunku do zwierzęcia. Zoe jest mu bardzo bliska, ale życie potoczyło się tak, że został sam z psem w małym mieszkaniu i pies cały dzień był sam. W poprzednim domu Zoe nie wszyscy z psem byli związani i dlatego być może jej dziwne zachowanie ujawniające się w pewnych okolicznościach. Natomiast jestem pewna co do miłości tegoż pana i psa obopólnej, to po prostu było widać i słychać zresztą też.

 Jeszcze na dokładkę widać, ze jesteśmy w trakcie malowania..., ale na szczęście wszystko się kiedyś kończy...!

sobota, 12 maja 2012

Podążając lotem trzmiela

Chyba udało mi się zrobić najlepsze zdjęcie w życiu i to czystym przypadkiem i... w dodatku telefonem kom. Ostatnio uświadomiłam sobie i powtarzam to wszystkim, że pół roku mieszkam w piekle (zima) i pół roku w raju (lato), i warto dla tej mojej Arkadii męczyć się każdego dnia zimowego, bo tego co daje nam okres od wiosny do jesieni nie zastąpi nic absolutnie. Każdego ranka budzimy się przy akompaniamencie ptasiego śpiewu, gdy wychodzimy do ogrodu z poranną kawą, nasze wszystkie zwierzęta witają nas z radością, ciepły wiatr, szum drzew i spacer po gospodarstwie, gdzie każdy centymetr ziemi, każdy kamień jest nasz, tak... naprawdę warto znieść trudy zimy, dla uroków lata.

wtorek, 8 maja 2012

Psy i konie

Psy pokochały się strasznie, cały czas spędzają razem, bawią się ganiają, okazało się że są równolatkami, nawet śpią blisko siebie, cały czas razem.
Mój mąż ze swoim ukochanym koniem, czyli Dżygitem, bo z Lisiakiem omijają się konsekwentnie, Michałek nie chce  nawet na próbę przeprowadzić Lisiaka, taki czuje "szacunek" do siły i charakteru mojego ulubieńca Lisiaczka, dla mnie Lisiak to najcudowniejszy koń na całym świecie, może kiedyś ktoś mi zrobi zdjęcia z Lisiaczkiem moim, to wtedy je wstawię, bo prawie nie mam zdjęc swoich.
Tak sobie patrzę nieśmiało na datę ostatniego wpisu i myślę, że pewnie wszyscy już o mnie zapomnieli... Już nawet miałam zawiesić bloga, ale przychodzi taki dzień jak dziś, że przeglądając zdjęcia człowiek ma ochotę się nimi podzielić z innymi. Okazuje się, że mało jest czasu na wpisy gdy przychodzi wiosna i jest tak wiele do zrobienia, ale dość już o tym, chciałam powiedzieć, że Arrowek przestał uciekać!!! to znaczy zdarza mu się, ale to rzadko, bardzo rzadko i tylko na ok. 20 minut, po czym wraca i prosi aby go wpuścić, Zoe nie ucieka w ogóle, więc możecie sobie wyobrazić nasze szczęście, a Arrowek jak ucieknie to wraca gdy zaczynamy za nim wyć, na szczęście sąsiadów mamy daleko... w nocy nie uciekają wcale!!! Z Lisiakiem też jest lepiej, nie przerywa nowych taśm, co prawda musiałam go sprowokować aby go kopnął prąd, bo tak to rzucał się, wiedział, że to chwilę potrwa i po sprawie i już był na świeżej trawce, a teraz chowa się za Dżygitem, a przez  bramkę przebiega ze strachem, nie gryzie, powiązał sobie mnie z ogrodzeniem i boi się nas, przez dwa dni nie chciał do mnie podejść po tym kopnięciu, a wszystko przez to, że złapał taśmę w pysk, no i zdziwienie jego nie miało granic gdy prąd zrobił swoje, teraz jest już w porządku, nawet kopytka dał sobie wyczyścić spokojnie, no i nie gryzie. Czytam jak zwykle kilka książek na raz, więc jak skończę to się podzielę wrażeniami, a są to - "Sekrety końskiego umysłu", oraz kolejne pozycje Zafona po "Cieniu wiatru", którą już skończyłam.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Oj działo się!

...i to dużo! Długo mnie nie było, ale mam usprawiedliwienie, bieliłam i odkażałam ściany w stajni, w wolnej chwili pojechaliśmy na koncert muzyki kameralnej do zamku w Piotrkowie, no i mamy drugiego psa od soboty, ale nic nie mówiłam, bo jeszcze nie był całkiem nasz, a teraz jest! W sobotę rano wyglądam na podwórze przez okno i mówię - no nie Arrowek już uciekł?! Bo mignęła mi kita za ogrodzeniem, ale coś mi nie pasowało, wybiegłam z domu, patrzę a to nie mój pies, tylko inny Husky (huskopodobny?). Około godziny zajęło mi zwabianie go na podwórze z pierwszą kością uciekł na pastwisko przy drodze, kolejną już wziął z ręki i okazało się, że to suczka, w końcu dała się zwabić "na Arrowka" i wpadła do środka, zamknęłam szybko bramę aby nie mogła zwiać. Strasznie nam się spodobała, ale poczucie przyzwoitości kazało nam zgłosić na policję, że u nas jest taki pies gdyby ktoś szukał, cały czas mieliśmy nadzieję, ze nikt się nie zgłosi. Na początku bardzo bała się naszego dotyku, a teraz to jest taka miłość wielka jak nie wiem co, choć dalej nie jest tak pełna ufności jak Arrowek czy nasze koty, które można podrzucać, a one nawet się nie przekręcają bo mają pewność, że je złapiemy i na pewno nie damy im upaść. Była cisza, nikt się nie zgłaszał, aż do dziś, przyjechała sąsiadka na rowerze ze wsi sąsiedniej i pyta czy tu się nie błąkał taki właśnie pies jak ten za ogrodzeniem, nie miałam sumienia skłamać i powiedziałam, że to właśnie ten, choć postanowiliśmy już psa zatrzymać za wszelką cenę. Mówi, że to pies jej syna i że im cały czas ucieka, pytam czy odsprzedać by nie chcieli, a ona zwykle taka rozmowna  w wielkim zamyśleniu odpowiada, ze musi zapytać syna i że zadzwoni do niego, odjechała szybko bardzo zamyślona. Po pół godzinie przyjeżdża mąż tej sąsiadki i mówi że syn kazał oddać za przysłowiową złotówkę jeśli w dobre ręce z zastrzeżeniem możliwości odwiedzin psa i kazał jeszcze dać torbę karmy, radość moja była wielka! Co się okazało, pies mieszkał w bloku ale szkody robił w mieszkaniu i żona kazała wywieźć psa na wieś do rodziców męża, a oni nie byli psa w stanie upilnować i cały czas im uciekał, poza tym mają własne psy i chyba z synowego "prezentu" niezbyt się ucieszyli, tak więc wszystkim chyba spadł kamień z serca, im bo pozbyli się problemu, a my zyskaliśmy kolejne psie szczęście! Śpią razem z Arrowkiem w przedpokoju, na podwórzu są pilnowane, no i na spacery chodzimy, choć Zoe ciągnie strasznie i charczy, bo się poddusza i musi koniecznie dostać szelki takie jak ma Arrowek. Aha właśnie na imię ma Zoe  i nie wiem czy dobrze piszę, bo nie pamiętam, to imię z Najdłuższej podróży (gra PC) i pamiętam brzmienie - Zołi, ale nie pamiętam pisowni tak ją nazwałam gdy nie wiedziałam jak ma na imię i już zaczęła na nie reagować, więc przy nim zostanę, bo bardzo miło mi się kojarzy. To młodziutki chyba roczny pies, bardzo słodki, ma oba niebieskie oczka i jest srebrna, ma też charakterek, no i Arrowek ma jej już troszkę dość, bo energia ją rozpiera. Jak to jest, że czasem nic nie robimy a życzenia i marzenia same się spełniają...?

piątek, 6 kwietnia 2012

Wszystkim, którzy tu zaglądają składam Najserdeczniejsze Życzenia Zdrowych i Wesołych Świąt Wielkanocnych! Nie wysłałam w tym roku kartek, za co przepraszam wszystkich  serdecznie. Załączam zdjęciem mój koszyczek tegoroczny, a każdego roku jest inny, w tym są same jajeczka przepiórcze i kurze, na różowym sianku i białym koszyczku.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Z pamiętnika młodego koniarza

Zaczynam od przywołania ich do bramki odpinam górną sprężynę i zapinam uwiązy, następnie odpinam dolną i mówię chodźcie chłopaki
Nie pozwalam się wyprzedzać, ale trzeba być bardzo czujnym i cały czas kontrolować ich zachowanie, myślę, że najlepiej jest do nich cały czas mówić aby były skupione na mnie i nie rozpraszały się.
Uwiązy muszą być długie i luźno popuszczone, ale jednocześnie tak aby się nie zaplątały w nie konie, no i oczywiście jako samica Alfa wchodzę pierwsza
Jak widzicie na zdjęciu Kasia już całkiem wydobrzała tylko chudziutka jest strasznie, a małe już wcina siano i trawkę jak gdzie dojrzy! ...a weterynarz powiedział, że taniej kupić nową kozę niż ratować tą...
Prace polowe moich sąsiadów, naprawdę wygląda to niesamowicie jakby się człowiek cofnął w czasie
No dobra może nie metrykalnie, ale przynajmniej młodego stażem. Chciałam Wam wszystkim pokazać jak moje konie biegają ze mną razem na uwiązie, oba na raz, ale mój małżonek "słodki" zrobił tak poruszone zdjęcia, że nic nie widać. Tak więc pokarzę Wam to co daje się rozpoznać, gdzie koń a gdzie człowiek i opiszę jak do tego doszło, że zaczęłam się zachowywać tak bardzo niepodręcznikowo. Oczywiście zaczęło się z lenistwa czystego, nie chciało mi się na pastwisko chodzić dwa razy, do tego bardzo mi się kiedyś śpieszyło do czegoś bardzo ważnego i złapałam oba na raz i mówię - idziemy chłopaki! i poszły i tak się to zaczęło, że teraz je sprowadzam razem wprowadzając bieg ostrożnie, do tego są potrzebne długie uwiązy i mnóstwo uwagi, bo potrafi jeden się spłoszyć, albo zastrajkować i stanie, podczas gdy drugi idzie i tu trzeba wiedzieć i wyczuć kiedy którego popuścić, kiedy jeden uwiąz przełożyć do drugiej ręki itd. No i oczywiście nigdy nie wyprowadzam ich rano w ten sposób, bo rano są spragnione swobody, często są pobudzone, no i mam problem ostatnio z Lisiakiem, otóż podczas wyprowadzania go porannego na wybieg zaczyna mi szarpać łbem i wyprzedzać, biegnąc często. Najczęściej wtedy puszczam go na długość uwiązu i skręcam gwałtownie aby musiał wyhamować. W skrajnych jednak przypadkach gdy nie chce się uspokoić i wiem, że nie wygram, bo nie ta siła, a nie chcę aby się przekonał, że może mnie wziąć przez siłę, to zaczynam biec razem z nim, tak aby myślał, że właśnie o to mi chodziło, jeszcze go popędzając, gdy wbiegniemy już na pastwisko daję komendę stój, zwykle działa, odpinam uwiąz i chwalę go. Ale przecież nie o to chodzi, aby robić takie sztuki, tylko o to aby sam z siebie nie zaczynał biec. Nigdy wcześniej tego nie robił, zachowywał się natomiast w taki sposób Dżygit, który wydawał się niezrównoważony, a teraz Dżygit to oaza spokoju i opanowania, natomiast dobrze wychowanemu Lisiakowi odbija, mam nadzieję, że mu minie, tak jak minęło Dżygitowi, może to są właśnie te niespodzianki, których potrafią przysporzyć ogiery młode swoim właścicielom...