Wszelkie możliwe prognozy zapowiadały na dziś piękną, słoneczną, bezdeszczową pogodę. I co najmniej cały tydzień takowej następnie. W związku z tym kosiarka, ciągnik i inne niezbędne maszynki zostały przeglądnięte, podokręcane, naostrzone, posmarowane, i tak dalej... No i pewnie dlatego, od rana, z przerwami, pada. Koszenie przesunęło się w przyszłość, obstawiamy niedzielę, ale już bardziej sceptycznie.
Ponieważ zbyt mokro by pielić, czy robić cokolwiek w ogrodzie, postanowiłam dotrzymać słowa, i udać się w to miejsce, które miałam sfotografować dla Hany. Szłam, i szłam drogami polnymi, coraz mniej używanymi, i robiłam się coraz bardziej mokra, powiedzmy że do pasa byłam mokra bardzo, mając jednak suche stopy i łydki do połowy( kaloszki).
Najpierw drogą pod górkę, mijając konie,
potem w lewo,
potem w prawo do lasku,
potem w lewo wzdłuż lasku ( lekko trzęsąc mokrymi portkami - raz już zwiewałam przed dzikami )
i w końcu dotarłam do rozstaju dróg.
Tam - lipa. Jak trzeba. Odwieczna. Sama w sobie już tchnie duchem. No nic, niech będzie. Duch wionie na mnie słowiański, chociaż lipa na sto procent za Niemca sadzona.
Na lipie - kapliczka.
W kapliczce - niespodzianka - dwóch Panów Jezusów.
Jeden duży, drugi mały. Jeden stoi, drugi wisi. Podoba mi się takie podejście do wiary. Niedogmatyczne. Lekko pogańskie. Lekko magiczne. Dwóch Jezusów z pewnością większą moc ma niż jeden... A jeżeli nie tak, tylko zupełnie inaczej - najpierw był jeden, może on stary, mały, niezbyt piękny, to ktoś dołożył tego stojącego. Ale zostawił starą figurkę, z szacunku. Jak by nie było, dwóch Panów w jednej kapliczce, to nie byle co.
A teraz poszerzamy troszeczkę kadr- i jak - podoba się? Na pewno się podoba.
Wracam, przez lasek, wieczorowo jakby, trzeba znowu zajrzeć do koni, może jakąś fotkę fajną uda się zrobić, chociaż wątpię, zawsze gdy już ustawię ostrość, to jakiś zwierz łeb wsadzi w kadr, próbując zjeść aparat albo walnąć w człowieka głową w nadziei, że może muchy odlecą.
Konie w dali, ale zmierzają w moją stronę dziarsko, bo widzą, że kombinuję coś przy ich świętym drzewku.
Troszkę innym, niż święta lipa. Przede wszystkim, to dąb. Uff, udało mi się porządnie zawiesić lizawkę, zanim doszły. I zaczęły się bić o pierwszeństwo. W takich sytuacjach bardzo dobrze można zobaczyć hierarchię w stadzie.
Pani Dirka rządzi i to od razu widać, ona pierwsza liże sól, wraz z adiutantką Lepają.
Źrebaki hierarchią głowy sobie nie zawracają, na razie robią co chcą. Powoli uczą się zachowań w stadzie, pro społecznych i nie tylko.
Późno się robi, meszki tną zacięcie, chyba czas oddalić się w kierunku domu, tym bardziej że konie zaczynają biegać jak szalone, próbując zostawić insekty ssąco-gryzące za sobą.
A przy domu - wyrosła mi monstrualnie wielka lilia. Wygląda jakoś groźnie i żarłocznie, trochę się obawiam, że się na kogoś rzuci i go pożre.
Tyle na dzisiaj. Idę spać.