Pełna wątpliwości, czy to jeszcze w ogóle ma sens, przymierzam się do wytworzenia pierwszego wpisu.
Dawno to było. Nawyku systematycznego pisania nigdy nie miałam, i chyba już sobie nie wyrobię.
Sens pisania - nie wiem czy to ma sens, no ale w zasadzie, czy musi mieć?
Prawdopodobnie wypadałoby dokonać jakiegoś podsumowania tego czasu milczenia ( na własnym blogu, rzecz jasna, bo u innych przecież bywam regularnie ), ale jakoś nic mi nie przychodzi do głowy, wręcz pustka mnie ogarnia i zimno mi się robi, chociaż obiektywnie patrząc, zmierzam w stronę światła.
Krok za krokiem, idę sobie, niespecjalnie wiedząc dokąd, ale też niespecjalnie się przejmując brakiem konkretnego celu.
Za dużo jest rzeczy do zrobienia, codziennie, codziennie, codziennie, by mieć wiele czasu na filozoficzne przemyślenia. Chociaż czasem coś tam się mi w głowie pomyśli.
Cieszy mnie, że już nie jestem żywym trupem. Stan zombi chyba pozostawiłam za sobą, chociaż zdarzają się nawroty. Strasznie dużo energii mi poszło w ostatnich latach życia Latającego, a już w ostatnich miesiącach... Wyprztykałam się ze wszystkich swych rezerw energii fizycznej, psychicznej, emocjonalnej osiągnąwszy jakiś własny poziom zera bezwzględnego, i nawet tego nie zauważyłam. A po jego śmierci, to byłam zmęczona. Dogłębnie. Nie było siły na czucie czegokolwiek, nie było siły na nic.
I tak sobie funkcjonowałam w moim niebycie dość długo. Ogarniając jednakowoż to co musiało być ogarnięte...Bo trzeba.
I bardzo powoli odkrywając siebie na nowo. W nowym kontekście. Bez drugiej połowy. Bez podpory. Bez balastu. Bez ograniczeń. Bez niczego.
Coś jak patrzysz w lustro, a tam nikogo nie ma.

