Konie

Konie
Konik polski, to rasa koni małych, pochodzących od dzikich koni Tarpanów występujących na obszarze Europy. Tarpany, które przetrwały zostały odłowione i umieszczone w prywatnym zwierzyńcu hrabiów Zamoyskich. W 1808 roku z powodu panującej biedy zostały rozdane do użytkowania chłopom, w wyniku krzyżowania się z lokalnymi końmi wykształciła się rasa nazwana przez prof. Vetulaniego konikiem polskim. Konik polski charakteryzuje się wysoką inteligencją, łagodnym charakterem, jest odporny, wytrzymały, ma niski wzrost (do 140 cm), silną budową ciała, twardy róg kopytny. Jest to rasa późno dojrzewająca (3-5) i długo żyjąca. Konik polski to przede wszystkim koń wierzchowy, do rekreacji, rajdów konnych i wycieczek doskonały. Jego niski wzrost sprawia, że wielogodzinne siedzenie w siodle nie jest uciążliwe, jest odważny i dzielny. Nadaje się również do prac rolnych i lekkich zaprzęgów, a jego łagodny charakter i inteligencja sprawia, że jest niezastąpiony w hipoterapii. Konik polski to świetny wybór dla całej rodziny, również dziecka, bo gdy nasz mały jeździec dorośnie, to nie będzie musiał rezygnować z jazdy na swoim przyjacielu, konik polski bez uszczerbku na zdrowiu poniesie jeźdźca o łącznej wadze do 130 kg

sobota, 27 kwietnia 2013

Pada deszcz.

Teoretycznie powinnam się cieszyć, i pewnie gdzieś w głębi podświadomości rozumnej może nawet się raduję. Bo - sucho już było, a późna wiosna i siano się kończy, a jak pada, to trawa rośnie na pastwiskach i można wypuszczać konie. No, teraz to już rośnie ekspresowo. W obejściu urosła aż tak, że wczoraj, przed deszczem, otwarliśmy sezon kosiarkowy i skróciliśmy murawę po raz pierwszy w tym roku. A murawy ci u nas pod dostatkiem, teraz, jak już dorobiliśmy się kosiarko - traktorka, nie kosi się ponad 8 godzin,jak wcześniej, tylko niecałe 3, i to na siedząco. Różne kwiaty też rosną.
mokro,

mokrzej,

najmokrzej!

Na pastwisku trawa niezbyt wybujała, ale nasz ogier reproduktor Galeon zdecydował, że dość już przebywania w pomieszczeniu zamkniętym ( jak się okazało, niezbyt szczelnie zamkniętym) i wczoraj wraz ze swoim lekko ciamajdowatym synem, uciekł. W zimie nie mieszka on u nas, dodam dla wyjaśnienia, tylko w drugiej połowie “Stadniny Izery” w Stankowicach. No i wyrwał się na swobodę,i być może pokrył parę klaczy, których pokryć nie powinien. Się wyjaśni za 11 miesięcy. W związku z tym, decyzja zapadła, że jedzie do nas, jak co roku, na swoje letnie pastwisko. Więc od rana - z przyczepą do Stankowic, załadować zwierza dwa (Galeon i Len) - wleźli od niechcenia, totalnie zblazowani. Pojechali do nas, wyszli, wstawieni zostali na letnie pastwisko. Z powrotem do Stankowic po Giewonta. Wlazł bez problemu, dojechał, został wyładowany, wszedł na pastwisko. W żartach wskoczył na Galeona ( “o, sorki, myślałem że jesteś klaczą, nie,  to był tylko taki żart, auuuuu!, już sobie idę”) ale szybko został uporządkowany. Przyczepę do domu, uwiązy dwa w dłoń i idziemy po Mazura ( bezjajeczny ) i Miłka ( roczny, ale myśli że jest ogierem) na zimowe pastwisko klaczy, żeby przeprowadzić ich na pastwisko letnie dla chłopaków. Są pewne problemy, Miłek niezbyt przyzwyczajony do chodzenia na uwiązie a już zwłaszcza w stronę inną niż jego mama, protestuje, staje jak wryty, próbuje stawać dęba, biec, itp. Normalne sztuczki. Profesjonalna siła spokoju (Sylwek - sąsiad) poskaramia go z łatwością, oszczędnie rzucając qrwami. Poza pastwiskiem, Miłek potulnie podąża za Mazurem. Są znowu małe zawirowania podczas wpuszczania nawej dwójki na pastwisko, ale w końcu - wszyskich pięć koni jest wewnątrz ogrodzenia. Galopy, kwiki, kopania, gonitwy. Hierarchię trzeba ustawić, chociaż wszyscy wiemy, że Galeon rządzi.
Od lewej Galeon, Miłek z tyłu, Mazur, reszta nie zmieściła się w kadrze.

A poza tym, dużo pracy w ogrodzie. W warzywniku skopane, zasilone kompostem i starym obornikiem końskim, zagrabione, posiane, posadzone prawie wszystko. Rabatki kwiatowe prawie oczyszczone z pozimowych badyli i prawie wcale nie wyplewione. Chochoły zdjęte z prawie wszystkich róż. Rozsada rośnie coraz większa. Chyba muszę zrobić porządek w szklarni po zimie, bo pomidory zaczynają się chwiać, takie już duże wyrosły. Dużo pracy, bardzo dużo, ale chyba to ogarnę.
Akita Inu w pomidorowej dżungli.

W stawiku żabi skrzek pływa.
Nad głową przelatują dwa żurawie.
Ptactwo drze się.
Jaskółek oknówek ciągle nie ma, a wróble pozajmowały ich gniazda.

Mamy trzy źrebaki:

                                                                           Morena
Jakże inteligentnie wygląda Malina z opuszczoną dolną szczęką.
 Nadziak
Od razu widać że ogier, z wyrwanym kawałem skóry nad prawym okiem.
 Kalina.
Najmniejsza, najśliczniejsza.
Czekamy na jeszcze dwa.

26 komentarzy:

  1. Jesteście o dobry tydzień przed nami - i z roślinnością i z pracami ogrodniczmi...

    OdpowiedzUsuń
  2. I o jednego źrebaka do przodu!:-) Zapomniałam napisać ( zmęczenie ) że obornik rozrzuciliśmy w połowie na jedno najbardziej jałowe pastwisko, a potem musieliśmy rozrzutnik oddać, bo pożyczony. A że nadwerężyliśmy łańcuch za pomocą kamieni w gównie, to sąsiadowi też kiepsko idzie, bo się ciągle rwie. Trzeba będzie kupić nowy w Dojczlandzie, do tego sprzętu o wdzięcznej nazwie Menegele w PL łańcucha nie znajdzie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Akita w pomidorkach wygląda jak zwykły lisiur. A źrebaki! Nie będę się banalnie zachwycać. Powiem tylko, że są śliczne, prześliczne, rozczulające.
    Naprawdę, rozrzutnik nazywa się Menegele? Właściwie, skoro służy do rozrzucania gówna, to słusznie i dobrze mu tak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozrzutnik niczemu nie zawinił, a szukając ostatnio łańcucha, dokopaliśmy się do informacji,że firma jest rodzinna z XIX wieku, i czy to krewni niesławnego Doktora, nie wiem. A źrebaki potrafią też kopać i gryźć. Na szczęście również łasić się, przymilać i lizać po rękach. I przyglądać się światu tymi wielkimi, zdziwionymi oczami...

      Usuń
    2. Już ja tam wiem, co źrebaki potrafią. W dzieciństwie jeden taki łaził za mną, czaił się za węgłem, wyskakiwał i gryzł mnie w nie powiem co. I teraz mam traumę.
      Na bank rodzinka doktorka M. Nie wierzę w takie zbiegi okoliczności. Może zagrozili, że go wydziedziczą i dla niepoznaki wywalił jedną literkę z nazwiska? Gra warta świeczki. Taki rozrzutnik niezłych tantiemów, czy innych korzyści przez te lata natrzaskał. Nie mówiąc o zasadniczym przedmiocie rozrzucania.

      Usuń
    3. Napisałam odpowiedź a ona znikła. No cóż, jeszcze raz. Maszyna nazywa się dokładnie tak samo jak Doktor. To ja nie umiem pisać. Miało być Mengele.

      Usuń
    4. A, to tym bardziej, wszystko jasne! A jeśli nie, łomatkozcórko, zmieniłabym nazwisko i nazwę fabryki!

      Usuń
    5. Ostatnio zastanawiałyśmy się z koleżanką, nota bene Niemką, że nazwisko Hitler znikło. Nikt się tak nie nazywa.

      Usuń
    6. Dziwisz się? A ten pożyczony rozrzutnik z którego roku? To bardzo ciekawe. Doktorek nie był lepszy od Hitlera, toteż zdumiewam się, że czyjaś fabryka nadal się tak nazywa.
      Na Kalinę gapię się maślanymi oczmi, jak tylko tu wlezę.

      Usuń
    7. Kiedy uszka sobie zwinie do tyłu, to wygląda troszkę jak zajączek. W porównaniu do Moreny jest taka maluśka. Aż by się chciała ją wziąć na ręce i pościskać.:-)Szkoda, że pogoda teraz taka zimna i paskudna, konie ufeflane w błocie, nawet te małe i wstyd im zdjęcia robić.

      Usuń
    8. Z Wikipedii wynika, że Doktorek był synem właściciela firmy. :-)

      Usuń
  4. No to zasuwasz jak prawdziwa baba wsiowa! :)
    Ja na innym polu mam urwanie głowy, ale co się da- to gdzieś sieję, dłubię, mając jednocześnie oczy za sobą, obok i wszędzie, co by jakiejś dziecięcej tragedii z grabkami nie było :)
    A Kalina- prześliczna :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jakie ma ładne imię.:-)))

      Usuń
    2. Jak bym miała kawałek łąki chociaż, to chyba wzięłabym drugi kredyt :)

      Usuń
    3. Niebezpiecznie lubisz żyć, droga Tupajo; jak nie Absorbery,to kredyt, jak nie robale, to koń...;-)

      Usuń
  5. Kalina najpiękniejsza;))) Ale jesteś z robota do przodu, ja dopiero tak w połowie;))) Ale teraz pada deszcz i do ogrodu nie pójdę, patrzę przez okno, jak rośnie trawa;))))) A rośnie, cholera, rośnie.... Nareszcie!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Kretowato, ja się pochwaliłam tym, co zrobiłam, ale nie napisałam, co mam jeszcze zrobić - bo po co mam się dołować. Lista jest dużo dłuższa niż prac wykonanych.

      Usuń
  6. Prześliczne źrebaki!
    Do tej pory byłam przekonana, że ogierów na jedno pastwisko się nie wypuszcza, bo się pozabijają, a jeśli nie pozabijają, to się dotkliwie pokaleczą. No ale moja wiedza płynie z filmików przyrodniczych o dzikich koniach :P
    U mnie na szczęście kwietniki posprzątane, nowe kwiatki posiane, rozsady sobie rosną na parapetach, warzywniki się kopią. Gonimy wiosnę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Tatsu. Myślę, że Twoja wiedza w zarysach jest poprawna. Ale w szczegółach - to mamy wyjątkowo łagodnego ogiera. Bije męską młodzież tylko na początku, żeby wiedzieli, kto rządzi, a potem już się kolegują. Co nie wyklucza walk, ale to raczej takie ostre zabawy. Poza tym, tylko on jest ogierem kryjącym, reszta to młodziaki, albo wałachy, i klaczy jeszcze nie przelatywała. Dwa dorosłe ogiery, które są seksualnie aktywne, bałabym się wpuścić na jedno pastwisko, nawet bez klaczy. Ale człowiek się uczy przez całe życie...

      Usuń
    2. Widziałam też reakcję dwu ogierów w jednym Gospodarstwie Agroturystycznym, gdzie mnie swego czasu "na konie" nosiło i zdarzyło mi się owe ogiery rozdzielać, bo stajnia poszłaby w drobny mak, gdyby ich na powrót w boksach nie pozamykać. Dobrze, że trzymały się blisko siebie i nie poszły w świat, bo wrota na oścież były otwarte. A że młode były, to i więcej z tego szkód materialnych wyszło, niż ustawiania hierarchii.
      Dobrze, że u Ciebie nie ma ostrych walk między męską częścią stada. Choć i wałachy potrafią pokazać się z całkiem ogierzej strony, co tez już kiedyś udało mi się zobaczyć (i nie, nie chodzi tu o próby krycia czegokolwiek).
      Pozdrawiam cieplutko :)

      Usuń
    3. Moja znajomość z konikami polskimi zaczęła się od wizyty u hodowcy (teraz już wspólnik i przyjaciel), który miał wtedy dwa ogiery. Jeden starszy, przy stadzie klaczy, a drugi w stajni, w boksie. Otóż podczas wizyty ten ze stajni wyrwał się, poleciał na pastwisko do klaczy, i ogiery zaczęły się tłuc. Grzegorz wrzucił mi w ręce swoją córkę, popędził z moim Nikolasem za ogierem , rozdzielili ich jakoś, ale wrócili do stajni z tym drugim, starszym, bo młodszy zwyciężył i nie dał się odciągnąć od klaczy.Dużo krwi.

      Usuń
    4. Tu akurat krwi nie było na szczęście. Więcej kwiku, kopania w drzwi boksów, w belki stropowe (nota bene stare, nadpróchniałe, aż już widziałam się pogrzebaną pod gruzami), bo to młode ogiery były, to jeszcze chyba nie wiedziały, jak mają się za bitkę zabrać. Gospodarze spali sobie smacznie, więc na mnie (jako że harmider w stajni tylko mnie obudził) spoczął obowiązek rozdzielenia młodych. Szczęściem nie zostałam zasypana spadającym dachem, pokopana i pogryziona... głupi ma szczęście ;)

      Usuń
  7. Witaj,ale tu pięknie i ciekawie,Zostaję na dłużej,jeśli pozwolisz to rozgoszczę się u Ciebie.W wolnej chwili zapraszam do Dobrych Czasów.Pozdrawiam Jola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozgaszczaj się, proszę Cię bardzo. Miło, gdy ktoś nowy nas odkrywa. Pozdrawiam również, Agnieszka.

      Usuń
  8. wyświetliłam na dużym monitorze zdjęcia i jestem zachwycona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobrażam sobie, że fajnie to może wyglądać.

      Usuń