Miałam nic nie pisać, bo strasznie zmęczona i zarobiona jestem, ale w oczekiwaniu na gorącą wodę, aby napić się herbaty ciepłej przed spacerem z psami, zerknełam na Onet.pl, a tam arykuł o tym jak to strasznie jest ludziom z miasta mieszkać na wsi. No i nie mogę się po prostu powstrzymać i spokojnie usiedzieć, jak czytam jak to ludziom z miasta na wsi brakuje rozrywek, jaka praca na wsi jest strasznie ciężka, jak śmierdzi strasznie itp.a prawda nie jest wcale taka oczywista, czy na wsi jest sielankowo - NIE! Ale do cholery, każdy dorosły człowiek powinien zdawać sobie sprawę, że nie ma w życiu niczego za darmo! jak chcesz mieć ogród, to musisz go sobie założyć i wokół niego chodzić, jak chce się mieć zwierzęta, to trzeba pamiętać, że one wydalają i to strasznie, i to potwornie śmierdzi i trzeba to posprzątać!!! Czytam, również, że nie ma intelektualnych rozrywek, a ja w życiu tak często nie jeździłam do teatru jak teraz, dodatkowo to ogromne wydarzenie jak raz w miesiącu wybieraliśmy się do teatru, nie ma problemu w dzisiejszych czasach dotrzeć do ośrodka miejskiego, który ma teatr, bibliotekę, bo na książki nie trzeba mieć pieniędzy, bo są biblioteki!!! Zapisałam się do Klubu Dyskusyjnego Książki - to jest za darmo!!! RAZ W MIESIĄCU MOŻNA DOJECHAĆ NA SPOTKANIE DO MIASTA! Jak się nie siedzi przed telewizorem, to jest czas na czytanie książek, prowadzenie bloga i realizację pasji - aktualnie zaczęłam wytwarzać biżuterię ze srebra (dlatego nie mam czasu na bloga), ze starych srebrnych rzeczy, poniszczonych i nie używanych, że zajmuję się renowacją, rękodziełem i kocham fotografię, to już wszyscy czytelnicy tego i drugiego bloga wiedzą. Czytam w artykule, że z ludźmi na wsi nie ma o czym porozmawiać - no co za bzdura kompletna, w mieście to dopiero nie ma, no chyba, że o serialu... Na wsi można ciekawie porozmawiać, tylko trzeba wiedzieć o czym, mieć otwarty umysł i być ciekawym świata, można się dowiedzieć o tradycji, zwierzętach, uprawach ect., a o ksaiążkach, to do Klubu Dyskusyjnego Książki się zapisać, ale tu mamy problem, no bo trzeba by książki czytać...
Prawda jest taka, że ludziom nie chce się ponosić kosztów - trudów, w blokach jest wszystko podane pod nos, nawet nuda jest zapełniona telewizją, niczego nie trzeba robić, bo to jest problem, ludzie się nie starają, nie chcą pracować, nie chcą pokonywać trudności, nie chcą się rozwijać. Przy pierwszych życiowych trudach poddają się, w małżeństwie - rozwodzą, a później okazuje się, że wcale nie było tak źle, że nie potrafią zbudować udanego związku, że po raz kolejny się rozwodzą. A życie to kompromisy i ciągłe koszty, żeby obejrzeć piękny wschód słońca trzeba wstać o świcie, żeby pójść do teatru, trzeba mieć na bilet, a jak się nie ma, to może nie kupić kolejnego kremu do twarzy, albo kolejnej bluzki. To nie są rzeczy skomplikowane, to jest bardzo proste, ja w życiu się nie nudziłam, ja nie wiem co to nuda, jest tyle rzeczy, których się można nauczyć, jest tyle książek, które można przeczytać, jest tyle chwil, które można przeżyć, patrząc w oczy swoich zwierząt, jest tylu ludzi, których można poznać - tylko trzeba chcieć i pamiętać, że nie ma w życiu nic za darmo. A teraz idę z psem, bo się ściemnia i nie zdążę, jak wrócę, to może się jeszcze powkurzam:-)
Żyjemy w świecie, bez bohaterów i bez ideałów, ludzie nie chcą się rozwijać, udoskonalać, pokonywać własnych lęków i granic, są jak dzieci w pokoju zabaw - gdy znudzą się zabawką, to rzucają ją w kąt i łapią za następną, a wszystko w zasięgu reki, nie trzeba nawet podnosić się z miejsca, bez najmniejszego trudu, bez wyrzeczeń. Znam dziewczynę, która strasznie chciała coś zrobić, a to biznes własny, a to decoupage chciała sprzedawać, tylko niczego nie zaczęła robić, ale bardzo chciała mieć pieniądze, bo w dzisiejszych czasach najważniejsze są pieniądze, czy można mieć pasję, tak po prostu dla samej pasji, bez przeliczania wszystkiego na pieniądze, są ludzie i to wiele osób, którzy w ogóle tego nie rozumieją, takie to smutne mamy czasy, w których to rzeczy określają człowieka, portfel stanowi o wartości.
Świat czysto materialny, jest światem pustym, pozbawionym wartości, łatwe życie prowadzi do utraty radości życia, a rzeczy tracą na swojej wartości, dlaczego tak często słyszę - pamiętasz jak dawniej dostało się rower, jakie to było wydarzenie, a pamiętasz smak czekolady... Teraz mamy wszystko, ale to wszystko doprowadziło do tego, że nie mamy niczego tak naprawdę, tak w pełni. Ja sama często wspominam smak pomidora i wędliny, rogalików z dżemem mojej babci... Dlatego tacy jak my uciekają na wieś, aby widzieć jak pąki zakwitają, aby być blisko natury, przypomnieć sobie smaki tradycji, pogłaskać kota, pojeździć na własnym koniu, napalić ognisko i czuć jego wspomnienie na włosach przed zaśnięciem...
Teraz ludzie grillują, w fartuszkach, widelcem przewracają mięso na ruszcie - nie chcą się pobrudzić, bo trzeba by się umyć, piją piwo i opowiadają jakieś ordynarne żarty, rechocząc przy tym po pijacku. Nikt już nie opowiada historii o duchach, nikt nie wpatruje się w płomień ogniska pogrążony we własnych myślach i zafascynowany blaskiem płomieni; zamiast tego jest czysty pojemnik z węglem i jedna osoba grilluje, nie trzeba trzymać patyka - ja mam specjalne patyki do ogniska z kręconego żelaza i drewnianą rączką, jestem z nich bardzo dumna.
Blog, który powstał z miłości do konika polskiego, jest prowadzony aktualnie przez Agnieszkę współwłaścicielkę "Stadniny Izery", oraz Paulinę posiadaczkę dwóch ogierów rasy konik polski. Serdecznie zapraszamy wszystkich miłośników konika polskiego, koni innych ras, jak również wiejskiego życia.
Konie
Konik polski, to rasa koni małych, pochodzących od dzikich koni Tarpanów występujących na obszarze Europy. Tarpany, które przetrwały zostały odłowione i umieszczone w prywatnym zwierzyńcu hrabiów Zamoyskich. W 1808 roku z powodu panującej biedy zostały rozdane do użytkowania chłopom, w wyniku krzyżowania się z lokalnymi końmi wykształciła się rasa nazwana przez prof. Vetulaniego konikiem polskim. Konik polski charakteryzuje się wysoką inteligencją, łagodnym charakterem, jest odporny, wytrzymały, ma niski wzrost (do 140 cm), silną budową ciała, twardy róg kopytny. Jest to rasa późno dojrzewająca (3-5) i długo żyjąca. Konik polski to przede wszystkim koń wierzchowy, do rekreacji, rajdów konnych i wycieczek doskonały. Jego niski wzrost sprawia, że wielogodzinne siedzenie w siodle nie jest uciążliwe, jest odważny i dzielny. Nadaje się również do prac rolnych i lekkich zaprzęgów, a jego łagodny charakter i inteligencja sprawia, że jest niezastąpiony w hipoterapii. Konik polski to świetny wybór dla całej rodziny, również dziecka, bo gdy nasz mały jeździec dorośnie, to nie będzie musiał rezygnować z jazdy na swoim przyjacielu, konik polski bez uszczerbku na zdrowiu poniesie jeźdźca o łącznej wadze do 130 kg
poniedziałek, 11 listopada 2013
sobota, 2 listopada 2013
Nowe dwa.
| Wielkie zaciekawienie, to już ostatnie chwile osobno. |
| Biegamy za Bielanką, z górki, |
| pod górkę, |
| już całkiem u góry, |
| ale ganiamy wyrwale dalej, |
| tutaj pięknie widać jak Opresja zalicza stylowego kopniaka od uciekającej Bielanki. |
| Dużo pracy, koniecznie trzeba zrobić przerwę, wody się napić, wykąpąć się solidnie, opłukać energicznie paszki... |
| Znowu jesteśmy na dole, porządnie zmęczeni, więc trzeba coś zjeść. |
| Nadziak się cieszy, w końcu kolega, do tej pory same baby stare i młode, co to za życie... Teraz to sobie poszalejemy razem! |
| I zapanował względny ład. Trochę czasu minie, zanim wszystko się poukłada, potworzą się nowe trwałe układy i przyjaźnie. |
A o zmierzchu wybraliśmy się zapalić kilka zniczy na opuszczonym, kompletnie zdewastowanym poniemieckim cmentarzu. Boli mnie, kiedy widzę te poniszczone, rozkopane groby, okradzione ze wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość.... Ten kompletny brak szacunku dla godności drugiego człowieka...Poszliśmy przez chaszcza, uważając, żeby nie wpaść do jakiej dziury i nie przywitać się niechcący z niemieckim kościotrupem, a tu proszę, pali się parę światełek w różnych miejscach cmentarza. Czyli jest jakaś nadzieja, coś się zmienia bardzo powoli. Parę lat temu w tym miejscu było tylko i wyłącznie ciemno. Zapaliliśmy nasze znicze i troszeczkę mniej smętnie pojechaliśmy na zadbany polski poniemiecki cmentarz do Gryfowa.
Zapomniałam, że miałam sprawę do Tupai, więc doklejam zdjęcie z pytaniem:" Co to, qrrrwa..., jest???" Po mojej własnej szafce to łaziło.
Zapomniałam, że miałam sprawę do Tupai, więc doklejam zdjęcie z pytaniem:" Co to, qrrrwa..., jest???" Po mojej własnej szafce to łaziło.
piątek, 1 listopada 2013
Święto zmarłych...
Bardzo wspomnieniowo nam się na blogach i nostalgicznie zrobiło. Ja już kiedyś zamieszczałam ten wiersz, ale znów do mnie wrócił dziś rano. Była to pierwsza żałoba w moim życiu, nie ostatnia niestety, ale pierwsza...
ANGELOLOGIA NIEZNANA
anioły są całe kudłate
nosy mają wilgotne
pyski roześmiane
uszy stawiają gdy słyszą szczekanie
pod płotem w słońcu grzeją zmarzłe skrzydła
parnym południem nocą w anielskiech chórach
wpatrzone w oblicze Lurgi
pełnym gardłem piją księżycową poświatę
razem z wiatrem dobrym kompanem
wysoko nad ziemią
kołyszą się obłokiem
mają po cztery łapy
smutne nieludzkie oczy
gonią złe czarne koty
chyłkiem niespodziewanie
albo otwarcie z wściekłym ujadaniem
gryzą kosmate brudne łydki
pośladki bab z brodawką na nosie
doprawdy nie w smak czarownicom ta anielska służba
bezwzględna lojalna bezmyślna
niektóre zeszły z wyśyn niebieskich
wprost do domostw
skrzatem świerszczem za kominem moszcząc sobie miejsce
ujadając gdy trzeba wyprowadzić na spacertych głupich ludzi
nosząc pantofle i gazetę w zębach
machając ogonem
szczególny rodzaj
anioł domowy
anioł stróż
niewielu naprawdę niewielu
zna mistyczną tajemnicę
większość wtajemniczonych poznaje ją późno
kiedy anioły zmęczone ziemską służbą odchodzą
wracają na pastwiska niebieskie szukać ojcowskiej pociechy
glinianej miski strawy nieskończonych spacerów
wiecznego drapania za uchem
dopiero wtedy niektórzy z nas mówią
to był anioł jak Boga kocham
reszta stuka się wymownie w czoło mówiąc
popatrz wokoło jest tylko to co widzisz
anioły - bzdura! - Boga nie ma
jak Boga kocham
anioły są całe kudłate
nosy mają wilgotne
pyski roześmiane
uszy stawiają gdy słyszą szczekanie
pod płotem w słońcu grzeją zmarzłe skrzydła
parnym południem nocą w anielskiech chórach
wpatrzone w oblicze Lurgi
pełnym gardłem piją księżycową poświatę
razem z wiatrem dobrym kompanem
wysoko nad ziemią
kołyszą się obłokiem
mają po cztery łapy
smutne nieludzkie oczy
gonią złe czarne koty
chyłkiem niespodziewanie
albo otwarcie z wściekłym ujadaniem
gryzą kosmate brudne łydki
pośladki bab z brodawką na nosie
doprawdy nie w smak czarownicom ta anielska służba
bezwzględna lojalna bezmyślna
niektóre zeszły z wyśyn niebieskich
wprost do domostw
skrzatem świerszczem za kominem moszcząc sobie miejsce
ujadając gdy trzeba wyprowadzić na spacertych głupich ludzi
nosząc pantofle i gazetę w zębach
machając ogonem
szczególny rodzaj
anioł domowy
anioł stróż
niewielu naprawdę niewielu
zna mistyczną tajemnicę
większość wtajemniczonych poznaje ją późno
kiedy anioły zmęczone ziemską służbą odchodzą
wracają na pastwiska niebieskie szukać ojcowskiej pociechy
glinianej miski strawy nieskończonych spacerów
wiecznego drapania za uchem
dopiero wtedy niektórzy z nas mówią
to był anioł jak Boga kocham
reszta stuka się wymownie w czoło mówiąc
popatrz wokoło jest tylko to co widzisz
anioły - bzdura! - Boga nie ma
jak Boga kocham
wtorek, 29 października 2013
Osada Leśna w Kole, jak dzik ugryzł Michałka, oraz grzybobranie bez grzybów.
Przed nami rozpościerał się pusty las liściasty, grzyby nawet gdyby były, to tak jakby ich nie było, ale w końcu zjadłam, zeszliśmy ze ścieżki na spacer po lesie, a tam polana zieloniutka ukryta w środku.
Nie polana, a woda, czy woda na polanie, tego nie wiem, ale były żaby, żaby jesienne, ubrane w piękne liściasto-jesienne sukienki, tylko ruch zdradzał ich obecność, dla oka były niedostrzegalne.
A na koniec, mój chlebek, eksperymentuję ostatnio z przepisami chlebowym. Mój ostatni eksperyment, okazał się przepyszny, dziś będę robić jego wariację z figami suszonymi, przypomina benedyktyński Chleb Pielgrzyma i chlebek turecki zarazem, zainteresowanym z chęcią podeślę przepis.
Dziewczyny - specjalnie dla Was przepis, jest pracochłonny nie ma co mówić, ale pyszny i jak to z własnymi chlebami - im starszy tym lepszy, najlepszy na drugi i trzeci dzień, ja piekę ok. 25min. w termoobiegu i zamiast rodzynek figi dziś dałam. Można robić kanapki na słodko - ten chlebek, banan w plasterki i polać miodem, lub zamiast miodu masło orzechowe; można też konkretniej, plaster czy pieczonego kurczaka, czy szynki i do smarowania pół na pół majonez z chrzanem, a najlepiej sam chrzan jabłkowy, ale w moich okolicach nie do zdobycia:-(
piątek, 25 października 2013
Wszystkiego po trochu.
Paulina pewnie ze złości paznokcie gryzie, bo obiecałam pisać, i nic. Dobrze, że dzieli nas ładnych parę kilometrów, inaczej już dawno osobiście przyśpieszyłaby mnie porządnym kopem w d...
Ale, chciałam udokumentować wpis zdjęciami.
Zdjęcia znajdują się w aparacie.
Aparat jest nowy i skąd ja mam wiedzieć, jak się z niego zdjęcia przekłada do komputera.
No więc jakoś tak czekałam, żeby aparat wykazał się inicjatywą i sam wykonał niezbędne czynności ale nie chciał.
No więc ten tego, pojechaliśmy na wakacje, chłop polski też ma prawo do wakacji, niechże i w październiku.
Pojechaliśmy, w kierunku najpierw zachodnim, do Holandii, na coroczny zjazd rodzinny mojego lubego. Tym razem w Amsterdamie. Potem dalej do Francji, jakoś tak coraz bardziej na południe i nagle na południe od nas była tylko wielka słona woda. Więc stanęliśmy w miejscu i jak przystało, spędziliśmy sympatyczny stacjonarny tydzionek w domku koło plaży, wstając wcześnie, spacerując z pieseczkiem 3 razy na dzień po plaży i jej okolicach. Co prawda przy każdym wejściu na plażę stałą wielgaśna tablica z listą czynności zakazanych w języku obrazkowym, i prominentną pozycją na niej zakaz wprowadzania psów ( koni też ), ale skoro ludność miejscowa ignorowała te zakazy, i z uporem maniaka wyprowadzała psy głównie na plażę, to pozostało mi tylko przystosować się. Konia kłusującego wśród tych wszystkich ludzi, dzieci i psów też widziałam.
Temperatura około 25 stopni, słońce, lekki wiatr.... Ogólnie, było bardzo przyjemnie i leniwie, zwiedziliśmy jeden i pół zabytku, byczyliśmy się na plaży oraz koło domku, obżeraliśmy różnym rybnymi i muszlowymi smakołykami. Każdy na swoim poziomie. My w ludzkiej jadłodajni, pies każdego poranka na plaży po przypływie. Kiedy ja, jak jaki przedszkolak po raz pierwszy nad Bałtykiem, roztkliwiałam się nad każdą muszelką, (bo one jakby większe niż u nas i bardziej kolorowe, i bardziej fikuśne ), pies systematycznie grzebał w wodorostach, wyciągał kolejne małże i pożerał z wielkim zadowoleniem.
Nawet pływałam w tym morzu, chociaż cholernie zimne było.
Będąc w Francji, królestwie wina, postanowiliśmy zaopatrzyć się na zapas w jakże niezbędne polskiemu chłopu francuskie wina oraz szampanskoje. Luby, uzbrojony we francuskojęzyczną biblię koneserów wina tzw. “Le Guide Hachette”, co wieczór odbywał wnikliwe studia, porównywał opisy, ceny, odległości, co chwila zmieniając listę pożadanych wińsk.
W pewien deszczowy dzionek ( na szczęście tylko jeden ) wybraliśmy się na zakupy. Osobiście lubię kupowanie wina bezpośrednio od producenta, zawsze można coś ciekawego usłyszeć czy zobaczyć.
Oczywiście okazało się, że i francuscy chłopi zmagają się z ogólnoeuropejskim kryzysem, sprzedaż nie idzie, pracownicy robić nie chcą, nic się nie opłaca, zupełnie jak w naszym kraju, myślę sobie...słuchając.
W drodze powrotnej zrobiliśmy przystanek na zakup szampana. Francja to jednak duży kraj. Na szczęście są autostrady, np. na wysokości ponad 1000 m n.p.m. i dało się je wybudować. Chociaż troszeczkę to potrwało. Jakkolwiek z pewnością krócej niż potrwa to u nas.
W Szampanii nie jest specjalnie pięknie, tam po prostu rośnie winorośl w ilościach monstrualnych i wszyscy, którzy mogą, produkują szampana. To jest naprawdę złoty interes. Przejeżdżając przez pewną wieś, z dumą zauważyłam tablicę “Domaine Pascal Walczak Champagne”. Polak potrafi i we Francji szamapana zrobić. Niestety, za ciemno było na zdjęcie.
A potem to już był powrót do domu, a w domu robota tylko i robota, kulawe konie domagające się opieki i uwagi, goście, goście goście, imprezy konne, znowu goście np. taki Rogaty Pacjan we własnej powabnej osobie z przebogatymi darami własnoręcznie wykonanymi pojawił się u nas w obejściu i było to naprawdę przemiłe spotkanie chociaż trochę krótkie, gdyż ona jak zwykle miała milion zajęć i była to “Wizyta Owcy w Pędzie” albo “Wizyta Pędzącej Owcy bez dwóch Tryków” na dodatek nie została udokumentowana fotograficznie bo Owca zapomniała aparatu a mi się nie chciało. Więc musicie mi uwierzyć na słowo.
A w ogóle to jest jesień złota najpiękniejsza i oby tak jeszcze przez parę tygodni.
Ale, chciałam udokumentować wpis zdjęciami.
Zdjęcia znajdują się w aparacie.
Aparat jest nowy i skąd ja mam wiedzieć, jak się z niego zdjęcia przekłada do komputera.
No więc jakoś tak czekałam, żeby aparat wykazał się inicjatywą i sam wykonał niezbędne czynności ale nie chciał.
No więc ten tego, pojechaliśmy na wakacje, chłop polski też ma prawo do wakacji, niechże i w październiku.
Pojechaliśmy, w kierunku najpierw zachodnim, do Holandii, na coroczny zjazd rodzinny mojego lubego. Tym razem w Amsterdamie. Potem dalej do Francji, jakoś tak coraz bardziej na południe i nagle na południe od nas była tylko wielka słona woda. Więc stanęliśmy w miejscu i jak przystało, spędziliśmy sympatyczny stacjonarny tydzionek w domku koło plaży, wstając wcześnie, spacerując z pieseczkiem 3 razy na dzień po plaży i jej okolicach. Co prawda przy każdym wejściu na plażę stałą wielgaśna tablica z listą czynności zakazanych w języku obrazkowym, i prominentną pozycją na niej zakaz wprowadzania psów ( koni też ), ale skoro ludność miejscowa ignorowała te zakazy, i z uporem maniaka wyprowadzała psy głównie na plażę, to pozostało mi tylko przystosować się. Konia kłusującego wśród tych wszystkich ludzi, dzieci i psów też widziałam.
| Nimes - amfiteatr rzymski, niestety psom nie można wejść, więc oglądnęliśmy tylko z zewnątrz. |
| To nie jest wieża ciśnień ani żaden inny budynek przemysłowy, |
| jeno katedra z IX wieku wybudowana w stylu utylitarno-obronnym z czarnego tufu wulkanicznego. W życiu czegoś takiego nie widziałam. Niesamowita architektura, chociaż raczej ponura. |
| Ponieważ w rzeczywistości katedra jest zabudowana z każdej strony i w ogóle trudno ją zobaczyć w całości, uprzejmi Francuzi postawili kopię katedry na rondzie gdzieś koło supermarketu. |
Będąc w Francji, królestwie wina, postanowiliśmy zaopatrzyć się na zapas w jakże niezbędne polskiemu chłopu francuskie wina oraz szampanskoje. Luby, uzbrojony we francuskojęzyczną biblię koneserów wina tzw. “Le Guide Hachette”, co wieczór odbywał wnikliwe studia, porównywał opisy, ceny, odległości, co chwila zmieniając listę pożadanych wińsk.
W pewien deszczowy dzionek ( na szczęście tylko jeden ) wybraliśmy się na zakupy. Osobiście lubię kupowanie wina bezpośrednio od producenta, zawsze można coś ciekawego usłyszeć czy zobaczyć.
Oczywiście okazało się, że i francuscy chłopi zmagają się z ogólnoeuropejskim kryzysem, sprzedaż nie idzie, pracownicy robić nie chcą, nic się nie opłaca, zupełnie jak w naszym kraju, myślę sobie...słuchając.
| wino przechowywane romantycznie |
| i prozaicznie |
| wina spróbować trzeba koniecznie, najlepiej w pięknych okolicznościach przyrody, |
| spoglądając na młodą winnicę, |
| chyłkiem strzelając fotki domku francuskiego chłopa |
| oraz jego otoczenia. |
| Ten ciągnik jest starszy od mojego! |
W Szampanii nie jest specjalnie pięknie, tam po prostu rośnie winorośl w ilościach monstrualnych i wszyscy, którzy mogą, produkują szampana. To jest naprawdę złoty interes. Przejeżdżając przez pewną wieś, z dumą zauważyłam tablicę “Domaine Pascal Walczak Champagne”. Polak potrafi i we Francji szamapana zrobić. Niestety, za ciemno było na zdjęcie.
A w ogóle to jest jesień złota najpiękniejsza i oby tak jeszcze przez parę tygodni.
czwartek, 24 października 2013
Felinoterapia, ostatni spacer razem i mój kogut:-)
Tak... zdecydowanie nic tak nie poprawia nastroju po kłótni z mężem jak felinoterapia:-) Po pierwsze, to doskonała zemsta wpuścić koty wszystkie do domu i pozwolić im chodzić i włazić wszędzie tam gdzie M. nie pozwala, zjeść obiad z kotami na stole (średnio były zainteresowane pierogami z kapustą i grzybami); po drugie koty bardzo kojąco wpływają na zszarpane nerwy. Tak więc dzień z kotami i człowiek jest jak nowo narodzony, no i zemści się co najważniejsze dla spokoju ducha:-))
Uwielbiam spacery z psami i nie ma się co dziwić, bo od dziecka, to nieodłączny element mojego życia. Pierwszy pies pojawił się w domu gdy miałam ok. pięciu lat i był to ogromny kundel owczarka niemieckiego, był z nami przez 12 lat, ale nie byłam tak silnie z nim emocjonalnie związana, chyba byłam za mała gdy się pojawił i był czymś tak oczywistym, że niezauważalnym niemal, a spacery naturalnym elementem życia, dopiero gdy odszedł i trzy lata nie było żadnego psa, okazało się, że był ważnym elementem życia. Następnie pojawił się Biżu z hodowli, ale bez papierów, po trzech kolejnych latach dopiero się okazało dlaczego. Rodzice jego byli prawdopodobnie zbyt blisko spokrewnieni i miał wadę genetyczną, która w wieku trzech lat doprowadziła do ciężkiej choroby nowotworowej w wyniku, której zmarł. Ale to były najpiękniejsze trzy wspólne lata, wspólne spacery, które o stałych porach wyznaczały rytm życia, każdy członek rodziny (mama, tata i ja) pilnował swojego wyjścia, swojej pory dnia, nie zdarzyło się, aby komuś się nie chciało, co najwyżej czasem dodatkowo jeszcze ktoś się przyłączał do czyjegoś spaceru, ja wychodziłam popołudniu i w nocy przed snem, i uwielbiałam te puste ulice miasta i tylko ja i mój pies, a że Biżu był wielgachny i lubił pokazywać zęby, to czułam się naprawdę bezpiecznie.
Następnie było kilka lat bez psa, M. przez wiele lat nie chciał się zgodzić, wymówką było dla niego mieszkanie w bloku, tak wiec pierwszy pies w naszym życiu pojawił się dopiero po kupnie domu, a potem, to już wyszło nam hurtowo i okazało się, że M. kocha zwierzęta i również nie wyobraża sobie życia bez nich, choć spacery z haskimi nie przypominają normalnych... to ciągły bieg, szarpanie, cały czas na lince, to ciągła walka z haskim i swoją kondycją. I tak przechodzimy do problemu z tytułu wpisu, Pasia i Arrow są na lince, jak nabiorą prędkości, to trudno je utrzymać i dorównać im biegiem, maluchy latają swobodnie, ale im starsze tym mniej posłuszne się robią w konfrontacji z otwarta przestrzenią, no i niestety je również trzeba zacząć prowadzać na linkach, tylko, że to niemożliwe z taką ilością... Ale choćbył to ostatni spacer razem, to po raz pierwszy był naprawdę w pełnym składzie. Do tej pory Mini, czy jak czasem wołamy Mimi, nigdy nie chodziła z nami zawsze zostawała, a tym razem poszła i całkiem ten nasz karzełek sobie dobrze radził, ok. półtora kilometra przeszła o własnych siłach, dopiero w drodze powrotnej musiałam ją nieść, jest niesamowicie dzielny ten nasz maleńki wilczek:-)
Na koniec o moim Koguciku.
Jakiś czas temu nad ranem obudził nas dźwięk umierającej kozy!!! Zerwałam się z łożka i mówię do M.- Matko jakieś zwierze przeraźliwie krzyczy, może umiera w cierpieniach! Nasłuchujemy, dźwięk się powtarza. Mówię - nie ma co trzeba wyjść i sprawdzić, ale najpierw otworzyłam okno, nasłuchujemy, a to z kurnika!!! Boże! to nasz kogut, on chyba jest upośledzony!!! Kolejne ranki już tylko wywoływały śmiech połączony ze współczuciem wobec naszego koguta. Aż tu dzisiaj nasz kogut zaczyna prawie piać pięknie, okazało się, że był chyba bardzo młody i się dopiero uczył piać, teraz bijemy mu brawo i zachęcamy do ćwiczeń:-)
Uwielbiam spacery z psami i nie ma się co dziwić, bo od dziecka, to nieodłączny element mojego życia. Pierwszy pies pojawił się w domu gdy miałam ok. pięciu lat i był to ogromny kundel owczarka niemieckiego, był z nami przez 12 lat, ale nie byłam tak silnie z nim emocjonalnie związana, chyba byłam za mała gdy się pojawił i był czymś tak oczywistym, że niezauważalnym niemal, a spacery naturalnym elementem życia, dopiero gdy odszedł i trzy lata nie było żadnego psa, okazało się, że był ważnym elementem życia. Następnie pojawił się Biżu z hodowli, ale bez papierów, po trzech kolejnych latach dopiero się okazało dlaczego. Rodzice jego byli prawdopodobnie zbyt blisko spokrewnieni i miał wadę genetyczną, która w wieku trzech lat doprowadziła do ciężkiej choroby nowotworowej w wyniku, której zmarł. Ale to były najpiękniejsze trzy wspólne lata, wspólne spacery, które o stałych porach wyznaczały rytm życia, każdy członek rodziny (mama, tata i ja) pilnował swojego wyjścia, swojej pory dnia, nie zdarzyło się, aby komuś się nie chciało, co najwyżej czasem dodatkowo jeszcze ktoś się przyłączał do czyjegoś spaceru, ja wychodziłam popołudniu i w nocy przed snem, i uwielbiałam te puste ulice miasta i tylko ja i mój pies, a że Biżu był wielgachny i lubił pokazywać zęby, to czułam się naprawdę bezpiecznie.
Następnie było kilka lat bez psa, M. przez wiele lat nie chciał się zgodzić, wymówką było dla niego mieszkanie w bloku, tak wiec pierwszy pies w naszym życiu pojawił się dopiero po kupnie domu, a potem, to już wyszło nam hurtowo i okazało się, że M. kocha zwierzęta i również nie wyobraża sobie życia bez nich, choć spacery z haskimi nie przypominają normalnych... to ciągły bieg, szarpanie, cały czas na lince, to ciągła walka z haskim i swoją kondycją. I tak przechodzimy do problemu z tytułu wpisu, Pasia i Arrow są na lince, jak nabiorą prędkości, to trudno je utrzymać i dorównać im biegiem, maluchy latają swobodnie, ale im starsze tym mniej posłuszne się robią w konfrontacji z otwarta przestrzenią, no i niestety je również trzeba zacząć prowadzać na linkach, tylko, że to niemożliwe z taką ilością... Ale choćbył to ostatni spacer razem, to po raz pierwszy był naprawdę w pełnym składzie. Do tej pory Mini, czy jak czasem wołamy Mimi, nigdy nie chodziła z nami zawsze zostawała, a tym razem poszła i całkiem ten nasz karzełek sobie dobrze radził, ok. półtora kilometra przeszła o własnych siłach, dopiero w drodze powrotnej musiałam ją nieść, jest niesamowicie dzielny ten nasz maleńki wilczek:-)
Jakiś czas temu nad ranem obudził nas dźwięk umierającej kozy!!! Zerwałam się z łożka i mówię do M.- Matko jakieś zwierze przeraźliwie krzyczy, może umiera w cierpieniach! Nasłuchujemy, dźwięk się powtarza. Mówię - nie ma co trzeba wyjść i sprawdzić, ale najpierw otworzyłam okno, nasłuchujemy, a to z kurnika!!! Boże! to nasz kogut, on chyba jest upośledzony!!! Kolejne ranki już tylko wywoływały śmiech połączony ze współczuciem wobec naszego koguta. Aż tu dzisiaj nasz kogut zaczyna prawie piać pięknie, okazało się, że był chyba bardzo młody i się dopiero uczył piać, teraz bijemy mu brawo i zachęcamy do ćwiczeń:-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)