Konie

Konie
Konik polski, to rasa koni małych, pochodzących od dzikich koni Tarpanów występujących na obszarze Europy. Tarpany, które przetrwały zostały odłowione i umieszczone w prywatnym zwierzyńcu hrabiów Zamoyskich. W 1808 roku z powodu panującej biedy zostały rozdane do użytkowania chłopom, w wyniku krzyżowania się z lokalnymi końmi wykształciła się rasa nazwana przez prof. Vetulaniego konikiem polskim. Konik polski charakteryzuje się wysoką inteligencją, łagodnym charakterem, jest odporny, wytrzymały, ma niski wzrost (do 140 cm), silną budową ciała, twardy róg kopytny. Jest to rasa późno dojrzewająca (3-5) i długo żyjąca. Konik polski to przede wszystkim koń wierzchowy, do rekreacji, rajdów konnych i wycieczek doskonały. Jego niski wzrost sprawia, że wielogodzinne siedzenie w siodle nie jest uciążliwe, jest odważny i dzielny. Nadaje się również do prac rolnych i lekkich zaprzęgów, a jego łagodny charakter i inteligencja sprawia, że jest niezastąpiony w hipoterapii. Konik polski to świetny wybór dla całej rodziny, również dziecka, bo gdy nasz mały jeździec dorośnie, to nie będzie musiał rezygnować z jazdy na swoim przyjacielu, konik polski bez uszczerbku na zdrowiu poniesie jeźdźca o łącznej wadze do 130 kg

poniedziałek, 29 listopada 2021

Komunikacja międzygatunkowa.

Opowiem Wam historyjkę.
Otóż, jak wiecie, mamy konie. No powiedzmy. Może jednak konie mają nas. Albo jeszcze inaczej. Zagadnienie kto kogo tu ma i czy w ogóle, jest złożone, ale ja nie o tym chciałam pisać.

No więc te konie. One sobie mieszkają w lecie i jesienią na letnim pastwisku, którego główna część wraz z wodopojem znajduje się u góry. My od naszych koni wiele nie chcemy latem, one od nas też nie, skoro żarcie i picie mają w oddali za górką, to po co miałyby przychodzić na dół. Tak więc motywację do zejścia mają żadną, a ponieważ my ostatnio jacyś jesteśmy starsi, chorzy, skontuzjowani, itp., to na górkę albo jeździmy samochodem,    ( ale czasem samochodem się nie da, chociaż on niby terenowy jest, ale ten teren go pokonuje ), albo zachęcamy zwierzątka do zejścia w dół za pomocą smakołyków różnych czy też lizawki.  Bo jednak warto wiedzieć, czy pogłowie się zgadza, i czy wszystkie stwory mają ciągle po cztery kończyny, po jednej głowie i ogonie. 
Ostatnimi jednak czasy koniowate coś sobie ubzdurały, że na dole im się nie podoba i przychodzić za nic nie chciały. Bały się jakby. Trzeba było udać się na górę osobiście, podpierając się kijkami od nordik łoking, następnie drzeć paszczę, ewentualnie gwizdać, coby przyszły bliżej, a następnie iść z nimi na dół, cały czas zachęcając słownie, aż w końcu hrabiny i księżne z księciuniem raczyły zbiec z górki, z szybkością światła wciągnąć marchew i galopem uciec na górę.  A czasem w połowie drogi zawrócić i polecieć z powrotem. Odwaliło zwierzątkom. No cóż, zdarza się. Przyznam szczerze, że z tym moim kolanem bez wiązadła, łażenie po naszych górach nie jest specjalnie bezpieczne. Unikam więc ostatnio, jak tylko mogę. Jednak konie za nikim innym nie pójdą. 
A tu czas przenosin na pastwisko zimowe się zaczął zbliżać. Z Latającym postudiowaliśmy prognozę, wypadło nam, że w piątek 26.11 trzeba będzie przeprowadzić zwierzątka na pastwisko przystajenne. Zanim śniegi spadną. Pogodziłam się z faktem, że trzeba będzie pokuśtykać po te osły, zleźć z nimi na dół, modląc się do Wielkiej Klaczy Wszystkich Klaczy by stado od bramy nie poleciało z powrotem na górę.

W piątek rano wstaję więc, przez okno wyglądam, i cóż to ja widzę. Konie stoją prze dolnej bramie. Cud mniemany. A ja akurat muszę do miasta gminnego samochodem pojechać. No cóż, myślę sobie, pech jak zwykle, kiedy wrócę, śladu po nich nie będzie.
Z miasta gminnego wróciłam, z asfaltu skręciłam na naszą gruntówkę. Oczom własnym nie wierzę. One tam ciągle stoją. Przy tej bramie, na tym pastwisku dolnym, które je takim przerażeniem napawało przez ostatnie tygodnie. No to im grzecznie mówię, wystawiając głowę przez okno, że już lecę po linki, coby ich przejście zabezpieczyć, i zaraz będę z powrotem. 
Wróciłam z tymi linkami i z bacikiem, zrobiłam im przejście z jednego pastwiska na drugie, otwarłam bramy. Przeszły grzecznie. Bramy zamknęłam. Powietrze z płuc wypuściłam.
I niech mi ktoś powie, że telepatia nie istnieje. Batem pogonię.

Tutaj konie zanęcone marchwią na dole. Przez chwilkę.

"Odwal się od naszej marchwi!"
"Ja? Ja tylko sobie przechodzę obok."

"Na żartach się nie znają w ogóle."

"Ty, Oczar, czy twoja stara też tyko myśli o żarciu?"
"Nooo... Niestety. Żadnych ideałów. Materializm."

...."Filozofem zostanę. Mądrością was jeszcze zadziwię, marchwiojady..."



A tu już zima.






Na pastwisku za stajnią.


"Nic nam nie przyniosłaś?
To po co tu przyszłaś?"

A kocica zaprzyjaźniła się z jedyną myszą, którą powinna zeksterminować. Tą, co to wlazła do piwnicy i obżera mi kartofle, marchewki i pasternaki w skrzynkach.  Odmawia wykonania kociego obowiązku i upolowania gryzonia. Co do innych zwierzów oporów nie ma. Ostatnio przyozdobiła nam wycieraczkę częściami łasicy.
I to by było na tyle o komunikacji między gatunkami.

niedziela, 7 listopada 2021

Póki jeszcze wiszą.

Liście.
Na drzewach.
Żadnych tam aluzji i czytania pomiędzy wierszami.
Miłe obrazki tu zaprezentujmy, 
poza kadrem dyskretnie rzygając z obrzydzenia z powodów rzeczywistości polityczno -społeczno - ekonomicznej i innej.

"Ale polska wieś wesoła, ale polska wieś spokojna. "
Wyspiański puszcza oko.


Koniowate mają się dobrze. Wciągają trawę aż świszczy. Sierścią zimową niektóre już porosły, a tłuszczem wszystkie. Zima idzie czy jak? Na zdjęciu powyżej biegnie do mnie nasza ciekawska Muszelka.


Chociaż z tą zimą to nie za bardzo, bo dlaczego w listopadzie zakwitły krokusy? To naprawdę nie jest zimowit tylko zwykły krokus.


Kocizna również się zadziwiła wiosennym kwieciem jesienną porą. Kontempluje zagadki natury. 
Ale i ona systematycznie tłuszczem i futrem obrasta.



Tu mamy jedno z najpiękniejszych miejsc w naszej wiosce. Tajemnicza aleja lipowa.
Stwierdziłam, że trzeba dokumentować, bo czasem raz dwa trzy hop siup - i nie ma czegoś pięknego. Ilu interesujących miejsc, budynków, drzew nie sfotografowałam, bo odkładałam na później, a później to ktoś wyciął, zburzył, zniszczył...

Poniżej cudne jesienne kolory.




Warzywa kapustne rosną i rosną a my je sobie ku zdrowotności konsumujemy.



Sąsiad ( za naszą zgodą oczywiście ) wypasa swoje krowy na naszej łące. Jakie to są piękne zwierzęta. A te oczy! Te rzęsy! I te groźne, oraz zaciekawione spojrzenia. Ja tam nie mogłabym hodować bydła. Nie dałabym chyba rady sprzedawać swoich własnych zwierzątków co roku do rzeźni. Ale nigdy nic nie wiadomo. Jak to mówiła pewna moja koleżanka wrażliwa na hipokryzję wrażliwego człowieka współczesnego; "Jak jesz mięso to znaczy że je zabijasz. Więc powinnaś też w rzeczywistości potrafić je zabić."



Odbyliśmy przechadzkę pełną zadumy i melancholii dnia 1 listopada wieczorem.


Po wichurach spadły liście z krzoków i się okazało, że dnia 6.11. zbiera się u nas porzeczki prosto z krzaka. Smaczne i dojrzałe.

I jeszcze trochę kolorów jesieni, zanim zbrązowieją, zszarzeją i odlecą z wiatrem na północny wschód. Bo tak to u nas zazwyczaj wieje.




Musieliśmy też wybrać się w podróż służbową na północ.
Wzdłuż trasy trafił się kompleks pałacowy w Bieczu. Bardzo piękne miejsce, jednakowoż w nienajlepszym stanie.
TU link do informacji na temat.




I tak to czas płynie, dzieje się, co ma się dziać.
Pozdrawiam Was wszystkich i życzę Wam spokojnego przejścia z jesieni w zimę.


sobota, 2 października 2021

Złoto i pomarańczowo.

Gdyby nie niezbyt sprawne kolano, na które trzeba uważać, i go nie obciążać, i nie klękać, i nie kucać, i ogólnie uważać, i oczywiście gdyby nie chemoterapia Latającego, ze wszystkimi bardzo nieprzyjemnymi skutkami ubocznymi, to byłaby to bardzo piękna jesień. 
Właściwie nadal jest, choć oglądana, a nie przepracowana do końca sił, co może i ma swoje zalety. Człowiek w końcu sobie w tym głupim łbie zakarbuje, że rzeczywistość da sobie radę i bez niego. Trawa skoszona później  też jest ładna. I trawa nie koszona wcale też jest ładna. Marchewka wyrośnie i wśród chwastów, a ziemniaki poradzą sobie same ze ślimakami. Kontrola wszystkiego dookoła doprawdy nie jest konieczna.


Wiem, że to nieskromne tak się cieszyć i podziwiać własny ogród, ale naprawdę pięknie wygląda.

Plony.

Pamiętacie, dobre ludzie, jak się podniecałam fioletową pscółką w Dreźnie?
Otóż i u nas się pojawiła i sobie żeruje na aksamitkach rozpierzchłych.

A dupsko ma tak ciężkie, że zamiast przelatywać z kwiatka na kwiatek, woli przełazić powoli.

Ale jak już leci, to huczy nie gorzej niż szerszeń, a właściwie jeszcze głośniej.

Śliczna.

Motylki, których dziesiątki siedziały na aksamitkach, zachowywały rozsądną odległość od pscółki.

 
Nie zważyłam tych potworów, ale jeden starczył na obiad dla czterech osób i jeszcze zostało.
Oto jest siła i moc końskiej kupy. Przeżutej i przetrawionej przez kalifornijskie dżdżownice.
Przeleżałej przez lat parę na płycie obornikowej. Wyrosły też potwory buraki. Ale nie pasują
mi kolorystycznie.

Kukurydza zadziwiła głębią smaku, wydawało mi się, że za kukurydzą nie przepadam,
a tu się okazało, że nie przepadam za kukurydzą ze sklepu.

Gdyby to był tytoń zwykły, a nie ozdobny, to byśmy se mogli ususzyć i palić bez akcyzy,
tyle go wyrosło.  Kiedyś, parę lat temu,  kupiłam sobie nasiona, bo kręciły mnie zielone kwiaty
i wysiałam do doniczuś, po zimnych ogrodnikach posadziłam w gruncie
i od tej pory sam se ten tytoń radzi w ogrodzie.
A ja tylko ewentualnie przesadzam lub wyrywam.

A kunie nas porzuciły. Otwarliśmy im górne pastwisko i już w ogóle nie chcą przychodzić na dół. Tylko żrą trawę górną bez przerwy. Jeździmy do nich samochodem. Bo kolano. Bo brak energii.


Która to pora roku miała być niby?
Jesienna sasanka?


wtorek, 7 września 2021

Adios...



....pomidory.

Tym razem tylko parę gatunków posadziłam. Ale za to wszystkie smaczne.

"Salade caprese" z własnych pomidorów i bazylii plus doskonała oliwa z oliwek i burrata z Lidla - niebo w gębie.

Zielone jeszcze czekają, oby nie za długo, bo się zrobią czerwone.

Zaraza pomidorów przyszła i do nas.
Liście zaczęły brązowieć, potem części łodyg, następnie zaczęło atakować i owoce. Trzeba było zacząć działać. I to szybko.
Zerwaliśmy wszystko, co się nadawało. Wyrwałam krzaki, pozbierałam zgniłe owoce. Rzuciliśmy na miejsce na ognisko do spalenia.
Z czerwonych zrobiliśmy sos do spagetti do słoików, bo do zamrażarki by się nie zmieścił.
Z zielonych będzie chutney. Przypuszczam, że znowu wyjdzie pyszny.
W szklarni została ostra papryka i bazylia, mają teraz miejsce dla siebie.
Oprócz tego mamy urodzaj na cukinie, czyli tzw. klęskę urodzaju. Kto to zje???
Chyba kury sąsiada.
Ogrodowo i w ogóle dopinamy na ostatni guzik, bo dziś ostatnie badania, a jutro pierwsza artroskopia.
Adios więc!

Cukinie po zużyciu części zbioru - powstało 5 litrów zupy, gęstej, że łyżka stoi.


sobota, 14 sierpnia 2021

Pomiędzy.

 Co trzy tygodnie jeździmy z Latającym do Drezna na kolejną partię chemoterapii. Szpital wybudowano w XIX wieku, na wielkim terenie, w olbrzymim parku. Drzewa od tamtego czasu urosły ogromne, populacja Drezna też się zwiększyła, a budynki z dziewiętnastego wieku postarzały. Pomiędzy stare, ceglane budowle wpychają się nowe,  powierzchnia parku się zmniejsza, ale architekci starają się nadrobić i zieleń upychają gdzie się da. Nie ma jej jeszcze na ścianach, ale jest na wielu dachach. Przy poczekalni na oddziale chemoterapii jest wyjście na taki dachowy taras, stoją tam stoliczki, krzesełka parasole, otoczone ogrodem skalnym z ziołami. Pszczółki, motylki, trzmiele, a wśród nich, piękna i wielka nieznajoma. Bałam się ją fotografować, taka była ogromna i dość groźna w wyglądzie. Zdjęcia są więc dość kiepskie bo z daleka robione, ale coś widać. Na podstawie zdjęcia udało mi się ją zidentyfikować.
Ponoć rzadki gatunek w środkowej Europie, w Polsce uważany za wymarły, a tu se w środku wielkiego miasta na wysokościach spija nektar z kwiecia cząbru górskiego.





A w ogóle, natura próbuje i tu przetrwać, a ludzie całkiem się starają, by jej pomóc. Czekając na Latającego ( a to ładnych parę godzin jest ) zwiedzam okolice. I tu widać, jaki wieśniak się ze mnie zrobił, bo zamiast do muzeum czy do sklepu pójść, łażę po opłotkach, dziwnych przejściach i poznaję dzikie Drezno. Chodzę sobie nad Elbę, całkiem spory teren zalewowy jej zostawili,  ale to przecież duża rzeka więc dużo terenu jej się należy do wylewania. Kaczuszki se pływają.



Łąki nadrzeczne w samym centrum miasta sobie rosną, bujne i różnorodne. W wielu miejscach pięknie się prezentuje jedna z moich ulubionych roślin, czyli krwiściąg. I siano tam robią na tych łąkach normalnie, koszą, obracają, baloty robią. Ciekawe, co za zwierzaki to siano  potem jedzą?


A i ogródki działkowe udało mi się odkryć, bardzo przyjemny spory, zaciszny teren, też właściwie w środku miasta. Coś mi się wydaje, że takie tereny to spadek po dawnym DDR, ciekawe czy w byłym RFN też występują. Oaza spokoju i ciszy. No i pole obserwacji, kto, co i jak uprawia. Jakie rośliny są w modzie. Napatrzyłam się.


Chciałam jeszcze wrzucić cały rozdział z mojej ulubionej, wolno czytanej książki  której fragmenty z uporem maniaka prezentuję, ale to by chyba było za dużo. Inną razą. Poza tym, skanowanie jest męczące. I operowanie starą myszą również ( nowa bezprzewodowa się zepsuła ).
Oraz złapaliśmy gumę i nawet nie wiemy gdzie. Wygląda na to, że na własnym podwórku.
A poza tym alles gut.