Konie

Konie
Konik polski, to rasa koni małych, pochodzących od dzikich koni Tarpanów występujących na obszarze Europy. Tarpany, które przetrwały zostały odłowione i umieszczone w prywatnym zwierzyńcu hrabiów Zamoyskich. W 1808 roku z powodu panującej biedy zostały rozdane do użytkowania chłopom, w wyniku krzyżowania się z lokalnymi końmi wykształciła się rasa nazwana przez prof. Vetulaniego konikiem polskim. Konik polski charakteryzuje się wysoką inteligencją, łagodnym charakterem, jest odporny, wytrzymały, ma niski wzrost (do 140 cm), silną budową ciała, twardy róg kopytny. Jest to rasa późno dojrzewająca (3-5) i długo żyjąca. Konik polski to przede wszystkim koń wierzchowy, do rekreacji, rajdów konnych i wycieczek doskonały. Jego niski wzrost sprawia, że wielogodzinne siedzenie w siodle nie jest uciążliwe, jest odważny i dzielny. Nadaje się również do prac rolnych i lekkich zaprzęgów, a jego łagodny charakter i inteligencja sprawia, że jest niezastąpiony w hipoterapii. Konik polski to świetny wybór dla całej rodziny, również dziecka, bo gdy nasz mały jeździec dorośnie, to nie będzie musiał rezygnować z jazdy na swoim przyjacielu, konik polski bez uszczerbku na zdrowiu poniesie jeźdźca o łącznej wadze do 130 kg

czwartek, 14 marca 2013

Mała - Wielka Tragedia...

Z Michałkiem w łóżku
W naszym mieszkaniu, na swoim placu zabaw-drapaku
Tu zwiedza belki stropowe, w jakimś pałacyku przerobionym na hotel, nie pamiętam już gdzie, ale zebrał tam cały kurz jaki był
Jak to jest, gdy tracimy ukochane zwierze, takie, które towarzyszyło nam przez pewien niekrótki czas, takie które wyznaczało sposób naszego życia, które było ważnym elementem we wszystkim co się w naszym życiu działo, ja dalej nie wiem, bo tyle się wydarzyło, że nie mogłam zapłakać nad moim kotem...

Kaktus, towarzyszył nam od samego początku naszego małżeństwa, ba! wzięliśmy go jeszcze przed ślubem i żył z moim mężem coś koło roku zanim się pobraliśmy, miał więc około dziesięciu lat, gdy planowaliśmy nasze wyjazdy, to wszystkie rezerwacje były uzależnione od tego, czy możemy się zatrzymać z kotem, tym sposobem nasz kot zwiedził prawie całą Polskę, sypiał w pałacach i na kwaterach prywatnych, czasem nawet wypuścił się samodzielnie na jakieś małe zwiedzanko, ale zawsze wracał. Mieszkał z nami w bloku w mieście i przeprowadził się z nami na wieś i zamieszkał z innymi kotami, był z nami zawsze.
To był niezwykły kot, dużo podróżowaliśmy, a Kaktus głównie przesypiał całą drogę z punktu A do punktu B, ale nie wiem jak i dlaczego zawsze wiedział gdy wracaliśmy do Piotrkowa, budził się z najgłębszego snu i zaczynał wyglądać przez okno i miauczeć, gdy tylko minęliśmy tablicę informacyjna z nazwą miasta. Nie wiem również jak to możliwe, że gdy zmarł ojciec mojego męża, nasz kot przychodził przez półtora miesiąca co  rano do jego łóżka i lizał mu głowę, nigdy wcześniej ani później tego nie robił, skąd wiedział, że Michałek cierpi i trzeba go pocieszyć, to pozostanie dla mnie zagadką na zawsze.

Kaktus był kotem, który aportował piłeczkę, nikt go tego nie uczył, kiedyś zrobiłam mu piłeczkę z folii aluminiowej do zabawy, rzuciłam ją, a on ją przyniósł i puścił koło mnie, uwielbiał biegać za piłeczką
Kaktus, nie był kotem przymilnym, nie lubił być zawsze i wszędzie głaskany i gdy ktoś złamał tą zasadę to był o tym informowany drapaniem i gryzieniem, był też niezwykle mściwy, gdy się już go złośliwie pogłaskało wtedy gdy sobie tego nie życzył i na dodatek uciekło się przed jego zemstą, to można było być pewnym, że wcześniej czy później, gdy człowiek już zupełnie o tym zapomni on się zemści do krwi. Dlatego wszyscy się go bali, a dla przypomnienia o swojej naturze wyjątkowej, nie przestawał machać ogonem, dodatkowo był piękny, piękny i zły, tylko my akceptowaliśmy go całego z jego wszystkimi wadami i zaletami.

Kilka dni temu, już po karmieniu zwierząt i nocnym paleniu, tak gdzieś godzinę po tym wszystkim usłyszałam potworny miauk pojedynczy dobiegający z kotłowni (koty zimą mieszkają w ciepłej kotłowni), byłam akurat w kuchni, a kotłownia jest za ścianą z wejściem z zewnątrz. Wybiegłam przerażona z domu, dopadłam do drzwi, otworzyłam, a tam na podłodze wszystkie koty leżały nieprzytomne, zawołałam Michałka, wynieśliśmy je na koc i przenieśliśmy do domu, po paru minutach zaczęły łapać powietrze, dusiły się, musiało je strasznie boleć, bo miauczały przeraźliwie, nie mogły podnieść się, dostały drgawek i zaczęły tracić temperaturę. Okno było otwarte, aby im zapewnić powietrze, ale wiał chłód, więc je zamknęliśmy i termofor z ciepłą wodą położyliśmy między nimi, czołgały się bidy do mnie i do termoforu, bo nie były w stanie chodzić. Nie wiem ile to wszystko trwało, w między czasie dotarło do mnie, że Kaktus już się nie ocknie, bo nie żyje, ale nie mogłam nawet nad tym się na chwilę zatrzymać, bo pięć innych kotów walczyło o życie, tylko Michałek zapłakał...

Dziś jest już po wszystkim, Kaktus jest pochowany, a koty żyją, choć straciły słuch, część całkowicie, a dwa częściowo. Ten post jest pamięci Kaktusa - kota, który był z nami zawsze i wszędzie.

Pił wodę tylko z kranu, nawet na wyjazdach, tu w pokoju hotelowym w górach

Tu wspomniane wylizywanie głowy Michałkowi
 Czasami ludzie się dziwią, jak można kochać zwierzę, a ja wiem, że to niesamowita relacja, bezwarunkowa, bez pretensji, wymagań, humorów, to relacja zupełnie inna niż międzyludzka, my zawsze mamy jakieś oczekiwania, a zwierze po prostu jest, wystarczy się otworzyć i nie dać się wyśmiać i ograniczać innym, a można doświadczyć niesamowitych rzeczy. To tak jak z czytaniem książek, można mieć więcej i żyć intensywniej.


Żegnaj Kaktusku - nie zapomnimy Cię nigdy.

    

29 komentarzy:

  1. No chwilę....co się stało?? Zaczadziliście własne koty?>???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W kotłowni nie było dymu, więc prawdopodobnie powstał czad, lub jakiś inny związek. Stwierdzenie "zaczadziliście własne koty", nie jest chyba właściwe...

      Usuń
    2. Zastanawiałem się nad tym co mogło spowodować zaistniałą sytuację.
      Wydaje mi się, że pomieszczenie było zamknięte, nie było w nim wymiany powietrza. Tlen został "wypalony" przez piec i oddychające zwierzęta. Tym samym powstał efekt podobny do zaczadzenia - w powietrzu było za mało tlenu, przeważał dwutlenek węgla. To nie był efekt zadymienia czy ulatniania się spalin - tak przypuszczam.

      Nie pamiętam dokładnie ale podobną sytuację opisywano kiedyś w związku z pożarem w jednym z tuneli autostradowych. W tunelu doszło do wypadku i pożaru, był duży ruch i sporo aut utknęło przy okazji w korku we wnętrzu tunelu. Zginęło tam dużo ludzi nie od spalenia ale z powodu braku tlenu. Gdyby wszyscy wyłączyli silniki w samochodach to więcej osób by miało szanse na przeżycie.

      Współczuję Wam, niestety to był wypadek który każdemu się może przydarzyć, zwłaszcza we współczesnych domach gdzie są bardzo szczelne okna i drzwi. Rozwiązaniem może być uchylenie okna lub zrobienie nawiewnego otworu w ścianie.

      Usuń
    3. My też myśleliśmy o dwutlenku węgla, zwłaszcza, że ta głuchota jest dziwna, Bardzo Ci Tomku dziękuję.

      Usuń
  2. Właściwe....nie właściwe....nie wiem, nie tak jak kilka dni temu mielismy klientkę, która w bloku na własne życzenie podtruła się tlenkiem czadu. Przeżyła....ale od tej pory mamy uraz....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moim domu doszło do nieszczęścia, dobrze, że nie większego, wszelkie konsultacje, które poczyniliśmy, nie dały odpowiedzi, dochodzenie sedna sprawy nie było intencja tego posta, a nasza instalacja będzie dokładnie zbadana przez specjalistę. W moim domu na pewno nie odbyło się nic na nasze życzenie, staramy się przestrzegać wszelkich zasad, a wypadki się zdarzają, obyś sama nie musiała się o tym przekonać.

      Usuń
  3. Dziwne, z tą utratą słuchu zwłaszcza, czy to normalne przy zaczadzeniu? Może coś tam się spaliło innego niż czyste drzewo czy węgiel i się wydzieliła jakaś trucizna? Paulina, wyrazy współczucia i sprawdźcie porządnie, o co chodzi z tym piecem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Palimy brykietem i miałem, na pewno uszczelki po zimie są do zmiany, a weterynarz nie miał pojęcia co mogło być przyczyną. Dzięki

      Usuń
    2. Dostałaś przesyłkę?

      Usuń
    3. Myślę sobie że to uszkodzenie nerwów słuchowych albo coś. Szkoda kocichów.

      Usuń
    4. Tak:-) i to w momencie kiedy naprawdę była mi potrzebna pociecha:-)

      Usuń
    5. No popatrz, telepatia! A jeszcze się nigdy nie widziałyśmy. :-)

      Usuń
    6. Właśnie miałam do Ciebie maila pisać, ale przywieziono mi siano i słomę, no i przerwę musiałam zrobić, ale napiszę wieczorem.

      Usuń
  4. Weterynarz powiedział, że słuch może powrócić po jakimś czasie, ale skoro nie wie co to było, to trudno mu powiedzieć

    OdpowiedzUsuń
  5. O Matko Boska!!! Bardzo Ci współczuję, i wiesz co - możliwe, że te koty, a w tym i Kaktus, uratowały Wam życie...

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziwna i straszna historia, bardzo Wam współczuję.
    Tomek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby się nie powtórzyła już nigdy.

      Usuń
  7. Straszne! A myślałam, że kotom może w kotłowni przydarzyć się tylko spopielenie (jak nasza Kicia wlazła do kotła...). Współczuję, mimo, że jestem bardziej psiarą, ale zwierza żal. Z resztą, po Asani, która umarła w wyniku obrażeń jakich doznała po zawieszeniu w uchylonym oknie oraz po Iwanie, płakałam jak bóbr...
    trzymajcie się!

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo dziękuję Wam Wszystkim za wsparcie i ciepłe słowa. Długo zastanawiałam się czy mam o tym wydarzeniu napisać i jak, ale przecież to takie nasze wirtualne pamiętniki i powinny zawierać to co dla nas ważne, więc napisałam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Przepraszam, bardzo niegrzeczna byłam wczoraj, źle się wyraziłam, miałam wstrętny dzień...i pisałam podrażniona własną sytuacją. Współczuje utraty kota, wiem, mam swoją kicię i tez nie raz o nią się martwię a bywa że i szukam jak łazi gdzieś po innych terenach. Mam nadzieję, że tym pozostałym już jest lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  10. Trafiłam tutaj z bloga J.Kobusa... I takie nieszczęście na początek! Bardzo mi przykro z powodu Kaktuska! :( I z powodu innych kociaków też... Życzę im powrotu do zdrowia. Będę trzymała kciuki... Niestety wypadki się zdarzają... A wtedy najbardziej boli i człowiek jest na siebie zły, że nie przewidział... Życzę Wam dużo siły, bo wiem, że takie chwile są bardzo wyczerpujące emocjonalnie!

    OdpowiedzUsuń
  11. Nawet nie potrafię i nie chcę sobie tego wyobrazić. Bardzo, bardzo żal mi kotów, bardzo Wam współczuję. Kocham moje zwierzęta i rozumiem Wasze uczucia.

    OdpowiedzUsuń
  12. Paula - współczuję, wiem, jak boli strata ukochanego zwierzęcia. :(
    Mam nadzieję, że pozostałe kicie dojdą do zdrowia, a Wy dacie radę zdiagnozować przyczynę takiego wypadku. Uściski zostawiam!

    OdpowiedzUsuń
  13. Ojej, jak niewiele brakowalo zeby wszystkie Wasze kochane koty zginely :( Biedny Kaktus miauknieciem uratowal pozostale i sam oddal zycie. Mimo, ze nie mam z nim dobrych wspomnien (pamietacie co zrobil jak u Was nocowalem? ;)), to jednak wiem jak bardzo go kochaliscie. Wspolczuje!

    Piotrek

    OdpowiedzUsuń
  14. Dym i czad to dwie różne rzeczy. Czad jest bezwonny i nie wygląda jak dym.Uszkadza ośrodkowy układ nerwowy, może więc dojść do utraty słuchu. Myślę, że powinniście dla własnego bezpieczeństwa zamontować czujnik czadu. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń