Konie

Konie
Konik polski, to rasa koni małych, pochodzących od dzikich koni Tarpanów występujących na obszarze Europy. Tarpany, które przetrwały zostały odłowione i umieszczone w prywatnym zwierzyńcu hrabiów Zamoyskich. W 1808 roku z powodu panującej biedy zostały rozdane do użytkowania chłopom, w wyniku krzyżowania się z lokalnymi końmi wykształciła się rasa nazwana przez prof. Vetulaniego konikiem polskim. Konik polski charakteryzuje się wysoką inteligencją, łagodnym charakterem, jest odporny, wytrzymały, ma niski wzrost (do 140 cm), silną budową ciała, twardy róg kopytny. Jest to rasa późno dojrzewająca (3-5) i długo żyjąca. Konik polski to przede wszystkim koń wierzchowy, do rekreacji, rajdów konnych i wycieczek doskonały. Jego niski wzrost sprawia, że wielogodzinne siedzenie w siodle nie jest uciążliwe, jest odważny i dzielny. Nadaje się również do prac rolnych i lekkich zaprzęgów, a jego łagodny charakter i inteligencja sprawia, że jest niezastąpiony w hipoterapii. Konik polski to świetny wybór dla całej rodziny, również dziecka, bo gdy nasz mały jeździec dorośnie, to nie będzie musiał rezygnować z jazdy na swoim przyjacielu, konik polski bez uszczerbku na zdrowiu poniesie jeźdźca o łącznej wadze do 130 kg

środa, 2 sierpnia 2023

Wymowny obraz.

Podpatrzone u Lucii, a pożyczone gdzieś z internetu.

Bo: "Czasem jeden obraz przemawia lepiej niż tysiąc słów."



czwartek, 20 lipca 2023

Łatwa zagadka.




Widzicie to poniżej?

Nie widzicie? To troszkę powiększę.



Jeszcze nie widzicie?
To może teraz?


 

Fajnie na naszym kompostowniku, co nie? Życie się kłębi.




poniedziałek, 3 kwietnia 2023

O kosmetykach.

A właściwie braku potrzeby ich posiadania.

Skacząc z bloga na blog, jak to mi się zdarza, doskakałam sobie do wpisu jednej pani na jej blogu.  
Już nawet tego bloga nie jestem w stanie odnaleźć, ale nie szkodzi. Coś pamiętam. W tytule wpisu miał minimalizm. Minimalizm to pojęcie, które przemawia do mnie potężnym głosem. Nie żebym była minimalistką we wszystkich aspektach życia, ale w pewnych to tak, albo powiedzmy szczerzej, że bym chciała. 
Skuszona tytułem, zabrałam się za czytanie i w miarę czytania oczy mi się rozszerzały coraz bardziej ze zdziwienia.
Pani wymieniała kolejne niezbędne w życiu kosmetycznej minimalistki kosmetyki. Przyznam się, że nawet w najbardziej rozbuchanym okresie konsumpcjonizmu kosmetycznego nie posiadałam na raz tylu produktów do pielęgnacji ciała i twarzy co ta pani która, sądząc z tekstu, bardzo, bardzo się ograniczyła.
Czegóż tam nie było. 

Od tej pory chodzę sobie i myślę. 
Czy to rzeczywiście jest konieczne?  Czy to jest potrzebne? 

Te wszystkie kremy, toniki, serum, hydrolaty, maseczki, szampony takie i owakie, odżywki, lakiery balsamy podkłady pudry tusze cienie kreski szminki  i ch-w-co jeszcze...
I te wszystkie mazidła bezrefleksyjnie wcierają sobie kobietki przede wszystkim w najbardziej wrażliwą skórę na twarzy. 

Nic dziwnego, że przeciętny starszy facet jest mniej pomarszczony niż starsza kobitka.

ściągnięte gdzieś z netu

Gdzie w tym wszystkim naturalna równowaga i właściwe PH skóry? 

No, ale pęd do bycia ( a co najmniej wyglądania ) wiecznie młodą jest wielki. No i kasę na marzeniu o młodości można zbić potężną. Tylko kup ten krem i będziesz wyglądała pięknie, młodo i bez zmarszczek. No cud. Bez religii.

Przeczytałam raz kiedyś gdzieś zdanie Kitty ( blogerki takiej, lubię ją ), że na twarz i ciało nie powinno się kłaść niczego, czego nie da się włożyć do ust. I zjeść. Bardzo to do mnie przemówiło.
A gdzieś indziej przeczytałam, że skórę najlepiej smaruje się od środka. Od strony żołądka. I jest w tym racja, moim zdaniem. 

Tak właśnie od pewnego czasu staram się dbać o swoją skórę. Stosując dwie powyższe zasady bez przesady,  bo przyznam się od razu, że nie jadłam jeszcze ani swojego mydła, ani kremu.

A konkretnie. 
Nigdy nie byłam fanatyczką używania kosmetyków w celu upiększania się. Może za dużo książek przeczytałam w młodości, w których bohaterki czy bohaterowie nie zajmowali się tynkarstwem twarzy... lecz czymś bardziej konstruktywnym. Taka Ania z Zielonego wzgórza, czy Winnetou czy inny Tomek Wilmowski . No Indianom akurat malowanie twarzy się zdarza.
Może nie za bardzo miałam potrzebę. 
Pomimo że uważałam się za dziewczynę raczej brzydką, nie motywowało mnie to do działania. Przypuszczam, że byłam i jestem zbyt leniwa, by oddawać się co rano i wieczór a i w trakcie dnia rozlicznym zabiegom i czynnościom. Już myślenie o tym wszystkim mnie męczy...
Pracy i tak dość w życiu.

Przechodząc do sedna, używam mydła, hydrolatu, olejku migdałowego oraz kremu Nivea. 
Obie moje babcie używały Nivea, to i ja mogę. Babcia Jadzia w ramach luksusu smarowała się "Panią Walewską". To był szyk. Niebieskie szkło, piękny zapach...

Nie zachęcam bynajmniej, by podążać moim śladem. Każdy jest inny.
Mnie tusz na rzęsach swędzi, szminka łaskocze, krem zatyka, palce mi puchną, kiedy pomaluję paznokcie, a perfumy śmierdzą chemią... Nie każdy tak ma.

A jak tam Wy, blogowe koleżanki, w kwestii makijażowego minimalizmu?

PS. Post napisałam czekając przy telefonie na rejestrację do lekarza. Trwało to 2 godziny i 4 minuty, 
w międzyczasie dałam też koniom śniadanie.






poniedziałek, 27 marca 2023

Wiosenny poniedziałek.

 W odpowiedzi na cudne widoki z ogrodu Tabazelli, ogrodniczej czarodziejki, wróżki jasnowidzki, przedstawiam obrazki z naszego ogródka w ten poniedziałek, 27 marca, roku 2023.


Specyficzny rodzaj wiosny nas dopadł. Może nie aż tak wyczekany, ale estetycznie mi się podoba, więc dokumentuję. Wierzbowe kotki, żółciutkie od pyłku ładnie wyglądają pod śnieżnymi czapeczkami.





Blogger poprzestawiał, jak to ma we zwyczaju, tu znowu kotki wierzbowe.




Dereniowe kwiaty też się ładnie z bielą komponują.



Wejście do tajemniczego ogrodu, zazwyczaj fotografowane przeze mnie podczas kwitnienia róż, i teraz prezentuje się uroczo.


Gruszka została przycięta, ale czy to widać w śniegu? 






Ale za to w szklarni panuje właściwa pora roku. Zielono, bujnie, obficie i pachnąco.








Karmnik oblężony, jak zwykle, gdy śnieg spadnie wiosennie. Ale tym jakby bardziej.
Zatrzęsienie gatunków, które nie pojawiają się zimą, lecz właśnie nieco później.
Trznadle, dzwońce, szczygły, czyże, kulczyki, świergotki, zięby, jery, grubodzioby, dzięcioły oraz wszystkie możliwe sikorki. Oraz kowaliki i parę innych jeszcze niezidentyfikowanych gatunków. Tyle to jeszcze się u nas nie stołowało za jednym razem.
Szkoda, że nie mam teleobiektywu.
Interakcje międzygatunkowe. Dzięcioła boją się wszyscy oprócz pojedynczych sikorek. Poza tym, raczej zgoda i współpraca, niż konflikt.

niedziela, 12 marca 2023

Przebiśniegi.

Botanicznie może i nie, ale w praktyce jak najbardziej.

Przebija śnieg od dołu.

Przebija śnieg od góry.

I jeszcze odwraca świat do góry nogami.

poniedziałek, 6 marca 2023

Pomiędzy.

 Zimą a wiosną, zapewne.
Chociaż więcej jest tych pomiędzy i wcale nie jest mi z nimi wygodnie. Ale nie będę się rozpisywać, bo za dużo by było i przypuszczalnie pesymistycznie, smętnie i beznadziejnie.

Z pozytywów - jednak wiosna co raz bliżej i tego się trzymam. Przypuszczam, że jest pozytywów więcej, ale właśnie mam migrenę i ona mi je skutecznie przysłania.

Wiosenne badyle ładnie się porozwijały w wazonie, 

ale na dworze jeszcze tak.

Napisałam tego posta, bo głupio tak upominać się na innych blogach o cudze wpisy, samej kompletnie nic nie robiąc. Sumienie uspokojone, publikuję i spadam.

sobota, 14 stycznia 2023

Każdy dudek ma swój czubek.

A co niektóry czubek ma swojego dudka.
Wydaje się wam wszystkim, że bredzę od rzeczy?  Jako ten tytułowy czubek? A właśnie że nie. Bo ja tu o majstrze stolarskim Willim Dudecku i jego wyrobie powiem, chociaż niewiele jest tu do opowiedzenia, bo niewiele po nim zostało. A może nie szukałam aż tak bardzo, jak by było można.

Ale wracając do rzeczy,  a właściwie zbaczając w dygresję, Agniecha, dzieckiem będąc, jak każdy właściwie, miała babcię. A babcia w mieszkaniu swym, oprócz różnych tam mebli, posiadała czarodziejski kredens. Taki po Niemcach, co ich z ziem ukradzionych wypędzili ruscy na zachód. A Polaki z Litewszczyzny przyjechały i zostały. Kredens rzadko był otwierany, u góry za szybką stały sobie różne kieliszki i filiżanki, i talerzyki, których używało się tak rzadko, że właściwie służyły tylko do wzbudzania podziwu. Na dole, w przepastnych głębiach za trzema drzwiczkami, kryły się niezgłębione tajemnice. Drzwiczki były zamykane na kluczyk, więc nie dało się ot tak, zajrzeć. A jak już babcia otworzyła, to ho ho, nie wiadomo było, co podziwiać najpierw. Czy te butelki wypełnione płynami zakazanymi dla dzieci, czy, obrusy, obrusiki i serweteczki, haftowane, wykrochmalone, wyprasowane, i poskładane. Czy słoje z cukierkami czekoladowymi i landrynkami, a może stare zdjęcia, a może kryształowe wazony? Kredens był pełen cudów i już. Chciało się w nim zamieszkać, jak w bajce, ale niestety, nie było w nim już miejsca na nawet niewielką dziewczynkę. Lata mijały, dziewczynka rosła, kredens malał, nie tracąc na szczęście swojej magii. Lata mijały dalej, dziewczynka dorosła, babcia była coraz starsza, i w końcu, jak to zwykle bywa z babciami, wzięła i umarła. Mieszkanie zostało, z meblami, i z kredensem. Ogromnym. Nikomu nie potrzebnym. Kredens wylądował w piwnicy. I zniknął z tej opowieści. Pozostało wspomnienie. I sentyment.

Agniecha pojechała na studia, potem pojechała na drugie studia, i gdzieś tam, w zupełnie innym kraju, innym czasie, poznała pewną osobę, która podobnie jak ona, w dzieciństwie była mieszkanką magicznego kredensu. Niesamowite przeżycie. Spotkać kogoś, kto  ma tak podobne wspomnienia dotyczące innego chociaż tego samego mebla. Kredens po Niemcu. Ogromny. Pełen cudów. Z tym że kredens Mai wyemigrował z Polski do Izraela razem z jej rodziną, co to jej Polacy w Polsce nie chcieli. I ona ten kredens wielokrotnie uwieczniła w sztuce. Jako że jest Maja  artystką. Czynną. Tak czynną, jak Agniecha bierną.


Kredens Mai - rysunek.


Kredens Mai - instalacja. Ten jest faktycznie ogromny, bo Maya powiększyła go tak, by dorosły mógł go doświadczać z perspektywy dziecka.


No i dobra, sztuka swoją drogą, a życie swoją.

Agniecha z obcych stron wróciła do kraju rodzinnego, chociaż w inne miejsce tegoż, z artystki przekwalifikowała się w rolnika.
Dom wybudowali z Latającym. Z tarasem. Zadaszonym. Dużym. Z wiecznym bałaganem na tym tarasie, bo wszędzie się na nim jakieś rzeczy a to ogrodowe, a to warsztatowe, a to niewiadomojakie pętały. Wymyśliła Agniecha, że jakiś mebel by się przydał, żeby ten chaos jakoś opanować, albo chociaż ukryć. Najlepiej kredens.
I tak sobie ta myśl bytowała, Agniecha od czasu do czasu a to na OLX, a to na allegro, a to znowu w lokalnym komisie czy na niedzielnej giełdzie sprawdzała, czy aby nie znalazł się właściwy kandydat, ale jakoś się nie zjawiał. Lata mijały. Bałagan nie mijał. Aż tu nagle, w pierwszym tygodniu nowego roku, w ogłoszeniu z marnymi 3 zdjęciami pojawił się ten właściwy. Przeczucie powiedziało, że to on. Tym bardziej, że on bardziej miejscowy niż my wszyscy.
Nawet nie było aż tak daleko. I nawet nie aż taka ruina.  No to pojechali i się zapoznali z meblem i jego właścicielem. Kredens po Niemcu, stał w domu na wsi, co w nim ta rodzina po  II wojnie z Iwano - Frankowska wylądowała tu gdzieś na Dolnym Śląsku. Stał w tym domu u babci, aż się babci zmarło, a kredens był za duży, żeby się zmieścił do domu wnuczka. Wnuczka nie zapytałam, czy też jest z plemienia mieszkańców magicznych kredensów, ale kto go wie. Z oczu mu dobrze patrzało.

No i jest - nasz tarasowy kredens, piękny choć niemłody, stuknęło mu sto lat już pewnie parę lat temu.
Dzieło rąk mistrza stolarskiego z Hirschberga, niejakiego Williego Dudecka. Fajowo. Bliżej mu teraz do Jeleniej Góry niż przez te poprzednie 100 lat w okolicach Chojnej. Trochę zniszczony tu i ówdzie, fornir wytarty do litego drewna gdzieniegdzie, dziury ma po korniku, ale kornik załatwiony na ament, zarzekał się Pan Właściciel. Jakieś czyszczenia, naprawy, szlifowania i malowanie go czekają, ale na razie odpoczywa po przeprowadzce.
Ogólnie, to coś mnie tknęło, gdy go zobaczyłam, nie tylko, że mi bardzo przypadł do gustu, ale jakoś więcej.


A tu nie dość, że się okazało, że pochodzi z Jeleniej Góry, nie dość, że jego wykonawcą jest mistrz stolarski Willi Dudeck ( lubię dudki ), to jeszcze ten Willy Dudeck miał swój warsztat i magazyn mebli w Hirschbergu, adres Rynek 46, w kamienicy, która jest mi osobiście znana. I nie mówcie mi, że to przypadek. 
Ten nasz kredensiorek to raczej prosty mebelek w dorobku Mistrza Dudka. Bo sami zobaczcie:


taka sobie biblioteka - zdjęcie wzięte z Allegro

A tu nasz osobisty dudek, prościzna kuchenna, nadszarpnięta zębem czasu tu i ówdzie:










Temat do rozważań na ulotnością ludzkiego życia, Niemcy odeszli, kredens został, Polacy przeminęli, kredens nadal trwa, my przeminiemy, miejmy nadzieję, że ktoś się tym meblem zaopiekuje i będzie on sobie dalej istniał, niemy świadek ludzkich historii, których nikt nie usłyszał, i nikt nie pamięta.


I tu oczywiście pytania do naszych specjalistek od odnawiania. Jak to oczyścić? Czym następnie pomalować?