Konie

Konie
Konik polski, to rasa koni małych, pochodzących od dzikich koni Tarpanów występujących na obszarze Europy. Tarpany, które przetrwały zostały odłowione i umieszczone w prywatnym zwierzyńcu hrabiów Zamoyskich. W 1808 roku z powodu panującej biedy zostały rozdane do użytkowania chłopom, w wyniku krzyżowania się z lokalnymi końmi wykształciła się rasa nazwana przez prof. Vetulaniego konikiem polskim. Konik polski charakteryzuje się wysoką inteligencją, łagodnym charakterem, jest odporny, wytrzymały, ma niski wzrost (do 140 cm), silną budową ciała, twardy róg kopytny. Jest to rasa późno dojrzewająca (3-5) i długo żyjąca. Konik polski to przede wszystkim koń wierzchowy, do rekreacji, rajdów konnych i wycieczek doskonały. Jego niski wzrost sprawia, że wielogodzinne siedzenie w siodle nie jest uciążliwe, jest odważny i dzielny. Nadaje się również do prac rolnych i lekkich zaprzęgów, a jego łagodny charakter i inteligencja sprawia, że jest niezastąpiony w hipoterapii. Konik polski to świetny wybór dla całej rodziny, również dziecka, bo gdy nasz mały jeździec dorośnie, to nie będzie musiał rezygnować z jazdy na swoim przyjacielu, konik polski bez uszczerbku na zdrowiu poniesie jeźdźca o łącznej wadze do 130 kg

piątek, 27 czerwca 2014

Relacje z zagrody Pauliny:-)

Chciałam przekazać całkowite prowadzenie bloga Agnieszce, ale się nie zgodziła:-( a to z tego powodu (chciałam ja, a nie ona się nie zgodziła), że poza brakiem zupełnym czasu, zostałam bez aparatu:-( a czasem i bez laptopa jestem. Tydzień mam wypełniony całkowicie pracą, a weekendy wyjazdami do, lub odwiedzinami rodziny i przyjaciół - nie narzekam oczywiście, wręcz przeciwnie, ale powoduje to wszystko życie w bardzo szybkim tempie. Będę więc pisać rzadziej, może publikować maleńkie wpisy z telefonu, no i zdjęcia nie będą już takie jak bywało dawniej, bo na odkupienie aparatu jeszcze długo będę musiała czekać. Ale cieszę się, że jestem, choć nawet tak rzadko, bo ta nasza mała wiejska społeczność daje niesamowite poczucie akceptacji i zrozumienia, dla wyboru życia na wsi:-)
A teraz, zdjęciowo-filmowa relacja z zagrody wiejskiej:-)
video
Po pierwsze - kury nowiuśkie mamy, na zdjęciu widoczna perliczka, a poniżej leghorn z zielononóżką, a wewnątrz kurniczka ukrywa się rosa Aracuana popielata piękna. Na koniec filmik, o kurzych kąpielach piaskowych.





Wszyscy znają, a jeśli nie, to i tak pewnie kojarzą gry typu escape, czyli znajdź drogę wyjścia/ucieczki i że jeszcze takich zawodów dla huskych nie wymyślono, to uwierzyć nie mogę. Można by na przykład zamykać je w jakiejś zagrodzie czy pomieszczeniu i sprawdzić, które najszybciej znajdzie drogę ucieczki, a trzeba Wam wiedzieć, że one skaczą przez ogrodzenia, przekopują się, przeciskają w skomplikowany sposób przez najciaśniejsze szpary, otwierają drzwi z klamki i różne zapadki w różnych zamknięciach pokonują. Mieć haskye, to ciągła walka i wymyślanie nowych przeszkód w ich ucieczkach, oczywiście one nie pozostają bierna, gdy postawimy jakąś przeszkodę na drodze wyjścia od razu zaczynają szukać słabego ogniwa. Dlatego dostały siatkę na bramę, z końmi jest zresztą podobnie, a przynajmniej z konikami polskimi, z podziwu nie mogę wyjść jak widzę gdzieś konie pasące się spokojnie wewnątrz jakiejś przestrzeni z prowizorycznym ogrodzeniem, dlatego one również dostały siatkę i choć ją skubią od góry, to chociaż siłą jej staranować nie próbują.



A tak wygląda pracowity dzień w ulu, na razie nie ma miodu do wyjęcia są zabudowane częściowo dwa plastry w nadstawce, ale nie zasklepione jeszcze, choć muszę się pochwalić, że próbowałam już własnego miodu, gdy były niszczone ich dzikie konstrukcje w ulu, tam było troszkę miodu i po korekcie ramki i wycięciu kawałka plastra poza ramką z miodem wyssałam prosto z plastra odrobinę miodu. Był ciepły, lekko kwaskowy, zupełnie inny, juz nie mogę doczekać się zbioru:-)


Nadal nie jemy też mięsa, co spowodowało odkrywanie nowych smaków. Okazało się, że przynajmniej w moim przypadku, mięso powodowało pójście na hmmm.... łatwiznę chyba i ograniczenia kuchenne w smakach i różnorodności potraw. Mięso jest dość prosto przygotować i nie trzeba go bardzo wzbogacać aby było dobre, wystarczy znać kilka trików np. z octem jabłkowym, czy winnym aby było kruche i soczyste. Natomiast gdy nie ma go w naszym menu zaczynamy poszukiwać nowych rzeczy i tak trafiłam na hummus, jest to groch włoski z pastą sezamową, oliwą z oliwek, sokiem z cytryny i czosnkiem zmiksowany na pastę, ja ja podałam z podpłomykami i wszyscy byli zachwyceni smakiem, do tego roztarłam w moździerzu świeżą bazylię z oliwą z oliwek - poezja smaku i aromatu. Powyżej umieściłam zdjęcie przykładowego obiadu bez mięsa - gulasz pieczarkowy z kaszą i kalarepką świeżą. Okazuje się, że pieczarki dają ten konkretny rys potrawom bez mięsa, są świetną bazą jako wywar pod zupy (oczywiście nie wszystkie), czy inne potrawy, lub tak jak ostatnio jako gulasz aromatyczny uduszone na maśle z cebulką i pietruszką, zagęszczone mąką i aromatycznymi przyprawami.




A oto ja na mojej łące, podczas bardzo rzadkich momentów wytchnienia z książką i bez ataków alergii:-)

sobota, 21 czerwca 2014

Bo one są najpiękniejsze.

Zimno dziś, pada i wieje i nic się robić nie chce na dworze. Czyżby to Święto Kupały nadchodziło? Aż trudno uwierzyć, chuchając w zmarzłe łapy i zastanawiając się czyby nie rozpalić w piecu, a może tylko przykryć się grubym kocem.
Pomiedzy deszczami odwiedziłam Inkwizycję z jagnięciem, które ma się coraz lepiej.

No, a skoro i tak w domu siedzę, to pochwalę się, co mi tu rośnie i rozkwita w ogrodzie. A co, wolno mi.












Wiem, nie jestem specjalnie oryginalna, widziałam ostatnio tyle wpisów o różach. I wszystkie były niesamowite.
Kocham róże, one mnie już mniej, fakt, nie zapewniłam im komfortowych warunków życiowych. Mieszkają sobie tu, na Pogórzu Izerskim, z natury swojej dość zimnym, w moim ogrodzie, który, jak twierdzi moja Mama, ogrodnik z wykształcenia, jest klasyczną zastoiną mrozową czy jak to tam się nazywa. Zimno im tu i regularnie wymarzają, pomimo kopczykowania, otulania chochołami o czasie, podsypywania końskim obornikiem sezonowanym i innymi smakowitościami. Ale czasem się odwdzięczą, formą, kolorem, i zapachem, którego niestety przekazać  elektronicznie ani opisać słowami nie poradzę.
Tak jak w tym roku, dzięki łagodnej zimie. Jest co podziwiać.
Czyż nie są wspaniałe?

czwartek, 19 czerwca 2014

są!!!

Gdy kupowaliśmy nasze siedlisko, to słyszałam o nich niesamowite historie, ale    zawsze ubiegli mnie moi sąsiedzi szabrownicy, jednego nawet nakryłam na niecnym procederze i przepędziłam. Teraz przy drodze pod lipami kury mają wygrodzone i chyba szabrownicy nie mają odwagi wejść i szukać, tak więc wyrosły sobie spokojnie sztuk osiem najprawdziwszych prawdziwków:-)

środa, 11 czerwca 2014

Och, siano!

Dobrze rozumiem te wszystkie starosłowiańskie i ogólnie chyba wszystkie pogańskie i inne obrzędy celebrujące koniec żniw. Bo to bezpieczeństwo - pożywienie na cały rok zebrane, i bogowie dali zebrać, pogodę zesłali dobrą. To i podziękować im trzeba, i uradować się wypada statecznie.

My co prawda nie orzem i nie siejem, ale kosim i siano robim, dla naszych koni. Więc koniec sianokosów  to końskie dożynki, wychodzi mi.

Pół areału skoszone, zwinięte i zebrane. Przed deszczem. Udało się. Nie zawsze się udaje.
Więc się cieszymy.

A im, oczywiście, wszystko jedno. Nie wiją wianków, nie tańczą w korowodzie, nie śpiewają pieśni. Leniwie machają ogonami i w zadzie mają, że niewolnicy właśnie zapewnili im żarcie na długie, zimowe miesiące.